Bezdomny chłopak z warszawskiego parku: Jak szachy odmieniły moje życie i rodzinę

— Dawid, wstawaj, zaraz cię ktoś przegoni! — usłyszałem szorstki głos pana Zbyszka, który od lat spał na tej samej ławce co ja, tylko kilka metrów dalej. Otworzyłem oczy, próbując rozprostować zdrętwiałe nogi. Był listopad, a ja miałem na sobie tylko cienką kurtkę i stare dżinsy. Warszawski park Skaryszewski o tej porze roku był pusty, zimny i nieprzyjazny. Zimno przeszywało mnie do kości, a głód ściskał żołądek tak mocno, że aż kręciło mi się w głowie.

Nie miałem gdzie wrócić. Mama wyrzuciła mnie z domu po kolejnej awanturze z ojczymem. „Nie będziesz się tu szwendał! Masz 17 lat, radź sobie sam!” — krzyczała, a ja patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Ojciec odszedł, gdy miałem 10 lat. Od tamtej pory wszystko się posypało. Mama zaczęła pić, potem pojawił się on — Andrzej. Nigdy mnie nie lubił. Często powtarzał, że jestem „nieudacznikiem” i „pasożytem”.

W parku nauczyłem się przetrwać. Z czasem poznałem innych bezdomnych: pana Zbyszka, który kiedyś był nauczycielem matematyki, panią Halinę — dawną pielęgniarkę, i Marka, który twierdził, że był kiedyś mistrzem szachowym. To właśnie Marek pewnego dnia wyjął z reklamówki stary, podrapany zestaw szachów.

— Umiesz grać? — zapytał mnie z uśmiechem.

Pokręciłem głową.

— To siadaj. Nauczę cię. Szachy to nie tylko gra. To sposób na życie.

Początkowo nie rozumiałem, co miał na myśli. Ale z każdym kolejnym ruchem pionka czułem, jak coś się we mnie zmienia. Gra wymagała skupienia, myślenia kilka kroków naprzód. Pozwalała mi zapomnieć o zimnie i głodzie. Przez godzinę czy dwie byłem kimś innym — strategiem, wojownikiem na czarno-białej planszy.

Z czasem zacząłem wygrywać z Markiem. On śmiał się wtedy głośno:

— Dawid, masz łeb do tego! Powinieneś spróbować swoich sił gdzieś wyżej.

Ale jak? Nie miałem nawet porządnych butów, a co dopiero mówić o wpisowym na turniej szachowy.

Pewnego dnia podeszła do nas starsza pani z psem. Przysiadła się i przyglądała naszej grze.

— Młody człowieku, grasz bardzo dobrze — powiedziała po chwili. — Nazywam się Barbara Nowak. Jestem prezesem klubu szachowego na Pradze. Może chciałbyś przyjść do nas na zajęcia?

Zaniemówiłem. Bałem się wejść do środka — brudny, śmierdzący, z podkrążonymi oczami. Ale pani Barbara nalegała:

— Nie przejmuj się wyglądem. U nas liczy się pasja i talent.

Przyszedłem następnego dnia. Dostałem herbatę i kanapkę. Po raz pierwszy od miesięcy poczułem się jak człowiek. Zagrałem kilka partii z innymi chłopakami — wygrałem dwie z nich.

Od tego dnia zacząłem regularnie przychodzić do klubu. Pani Barbara pomogła mi znaleźć nocleg w schronisku dla młodzieży i załatwiła używane ubrania. W klubie poznałem Kubę i Olka — chłopaków z podobnymi problemami rodzinnymi. Szybko staliśmy się przyjaciółmi.

Szachy stały się moją obsesją. Uczyłem się debiutów, analizowałem partie mistrzów, spędzałem godziny nad planszą. Wkrótce pani Barbara zaproponowała mi udział w lokalnym turnieju.

— Dawid, masz szansę pokazać się światu — powiedziała z uśmiechem.

W dniu turnieju trzęsły mi się ręce ze stresu. Przeciwnicy patrzyli na mnie z góry — brudne buty i stara kurtka nie robiły dobrego wrażenia. Ale gdy usiadłem do stołu i dotknąłem pionka, wszystko inne przestało mieć znaczenie.

Wygrałem trzy partie z rzędu. W półfinale trafiłem na Bartka — syna znanego biznesmena z Warszawy. Gra była długa i wyczerpująca. W końcu udało mi się go ograć matując go skoczkiem i hetmanem.

Po turnieju podszedł do mnie jego ojciec:

— Dawidzie, masz talent. Jeśli chcesz, mogę pomóc ci w dalszym rozwoju.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Bałem się zaufać komukolwiek po tym wszystkim, co przeszedłem.

Wieczorem wróciłem do schroniska i długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o mamie i młodszej siostrze Zosi, która została w domu z Andrzejem. Czy ona też cierpi? Czy mama w ogóle o mnie myśli?

Postanowiłem napisać list do mamy:

„Mamo,
Nie wiem, czy jeszcze mnie pamiętasz. Gram w szachy w klubie na Pradze. Mam gdzie spać i co jeść. Chciałbym zobaczyć Zosię… Może kiedyś uda nam się porozmawiać.”

Nie dostałem odpowiedzi przez kilka tygodni. W tym czasie zacząłem trenować jeszcze więcej — marzyłem o tym, by kiedyś zostać instruktorem szachowym i pomagać takim dzieciakom jak ja.

Pewnego dnia do klubu przyszła mama z Zosią. Stała w drzwiach niepewnie, ze spuszczoną głową.

— Dawid… przepraszam… — wyszeptała.

Zosia rzuciła mi się na szyję:

— Dawid! Tęskniłam!

Mama płakała długo. Opowiedziała mi o tym, jak Andrzej coraz częściej podnosił na nią rękę i jak bardzo żałuje wszystkiego, co się stało.

— Chciałabym zacząć od nowa… tylko nie wiem jak — powiedziała cicho.

Pani Barbara pomogła nam znaleźć mieszkanie socjalne i pracę dla mamy w pobliskim sklepie spożywczym. Ja zacząłem prowadzić zajęcia szachowe dla dzieciaków z trudnych rodzin.

Dziś mam 22 lata i studiuję pedagogikę na UW. Mama nie pije już od trzech lat, Zosia chodzi do liceum i gra w szachy lepiej ode mnie!

Czasem wracam myślami do tamtej ławki w parku Skaryszewskim…

Czy to możliwe, że jedna pasja naprawdę potrafi odmienić los całej rodziny? Czy gdyby nie szachy — byłbym dziś kimkolwiek? Co wy o tym myślicie?