Pęknięcia pod jednym dachem: Opowieść o polskiej macosze

– Grażyna, czy możesz nie przesuwać tych talerzy? Dzieci jeszcze jedzą! – głos Magdy, córki mojego męża, przeszył powietrze jak zimny prąd. Stałam w kuchni z rękami pełnymi naczyń, próbując nie wybuchnąć.

W takich chwilach czuję się jak intruz we własnym domu. To już piąty rok, odkąd wyszłam za Marka. Wydawało mi się, że miłość wystarczy, by zbudować coś trwałego, nawet jeśli życie przynosi gotowe pakiety – dorosłe dzieci, wnuki, wspomnienia po zmarłej żonie. Ale każda sobota przypomina mi, jak bardzo się myliłam.

Magda przyjeżdża z dziećmi punktualnie o jedenastej. Zawsze z torbami pełnymi zabawek i pretensji. Jej syn, Kuba, od razu rozrzuca klocki po całym salonie, a młodsza Zosia biega po schodach w brudnych bucikach. Marek patrzy na to wszystko z rozczuleniem. Ja – z narastającą frustracją.

– Mamo, a gdzie są moje kredki? – pyta Zosia, choć nigdy nie mówi do mnie „mamo”. Zawsze jestem „Grażyna”.

– W szufladzie przy stole – odpowiadam spokojnie, choć w środku gotuję się ze złości. Przecież to ja sprzątam po tych wszystkich wizytach, ja piorę poplamione obrusy i zbieram okruchy z dywanu.

Marek stara się być mediatorem.

– Grażynko, może usiądziesz z nami? – proponuje, jakby nie widział, że jestem na skraju wytrzymałości.

– Zaraz przyjdę – rzucam przez zaciśnięte zęby i wracam do kuchni. Tam mogę być sama ze swoimi myślami.

Czasem słyszę ich śmiech zza ściany. Czasem krzyki dzieci. Czasem ciche szepty Magdy do Marka: „Ona chyba nas nie lubi”.

Nie lubię? Przecież to ja staram się, by wszystko było na czas. To ja piekę ciasta według przepisu jej matki, żeby poczuła się jak dawniej. Ale nigdy nie usłyszałam „dziękuję”.

Pamiętam pierwszą Wigilię po naszym ślubie. Magda patrzyła na mnie spode łba przez cały wieczór. Gdy podawałam barszcz, powiedziała do ojca: „Mama robiła lepszy”. Marek udawał, że nie słyszy. Ja przełknęłam łzy razem z uszkami.

Od tamtej pory każda rodzinna uroczystość to dla mnie pole minowe. Nigdy nie wiem, kiedy wybuchnie kolejna kłótnia.

Najgorzej jest, gdy zostajemy same z Magdą.

– Wie pani co? – zaczęła pewnego razu, gdy Marek wyszedł do sklepu. – Nie musi się pani tak starać. I tak nigdy nie będzie pani moją matką.

Zatkało mnie. Chciałam powiedzieć coś ostrego, ale tylko skinęłam głową i wyszłam na balkon zapalić papierosa. Tam łzy płynęły mi po policzkach bez kontroli.

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem problemem. Może powinnam być bardziej stanowcza? Albo przeciwnie – bardziej uległa? Ale ile można się naginać?

Marek mówi: „Daj im czas”. Ale ile tego czasu potrzeba? Pięć lat to za mało?

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że marzę o samotności. O tym, żeby w sobotę nikt nie przekraczał progu naszego domu. Żeby nie musieć słuchać porównań do „tej drugiej”, której nie znam i nigdy nie poznam.

W zeszły weekend doszło do awantury.

– Grażyna, dlaczego zabrałaś dzieciom ciastka? – Magda stała w drzwiach kuchni z rękami na biodrach.

– Bo miały już dość słodyczy – odpowiedziałam spokojnie.

– To nie pani sprawa! – krzyknęła.

Marek wszedł akurat w tym momencie.

– Co tu się dzieje?

– Twoja żona uważa się za lepszą matkę! – syknęła Magda.

Marek spojrzał na mnie bezradnie. Poczułam się zdradzona. On nigdy nie staje po mojej stronie.

Po tej kłótni zamknęłam się w sypialni na kilka godzin. Marek próbował mnie pocieszać:

– Wiesz, że cię kocham…

Ale czy miłość wystarczy, gdy codzienność jest tak trudna?

Wieczorem usiadłam przy stole z lampką wina i zaczęłam pisać list do Magdy. Nie wysłałam go nigdy. Pisałam o tym, jak bardzo chciałabym być częścią tej rodziny. Jak bardzo boli mnie jej chłód i obojętność. Jak trudno jest kochać kogoś, kto nie chce być kochany.

Czasem rozmawiam o tym z moją przyjaciółką, Jolą.

– Grażyna, musisz postawić granice – mówi stanowczo. – Inaczej zwariujesz.

Ale jak postawić granice komuś, kto uważa cię za intruza?

W pracy też nie jest łatwo. Koleżanki pytają:

– I jak tam wnuki?

Nie wiem, co odpowiedzieć. Przecież to nie moje wnuki. Ale czy mam prawo tak myśleć?

Czuję się rozdarta między lojalnością wobec Marka a własnym poczuciem wartości. Czasem mam ochotę spakować walizkę i wyjechać gdzieś daleko – nad morze albo w góry. Tam, gdzie nikt mnie nie zna i nikt niczego ode mnie nie oczekuje.

Ale zostaję. Bo kocham Marka. Bo może kiedyś Magda zobaczy we mnie człowieka, a nie tylko przeszkodę.

W ostatnią sobotę wydarzyło się coś niespodziewanego. Zosia podeszła do mnie i przytuliła się bez słowa. Poczułam ciepło w sercu i łzy napłynęły mi do oczu.

Może jest jeszcze nadzieja?

Czy można pokochać rodzinę, która cię odrzuca? Czy warto walczyć o swoje miejsce pod cudzym dachem?