Oczko w głowie taty – historia Marty, która straciła dom

– Marta, ile jeszcze będziesz siedzieć w tym pokoju? – głos taty przebił się przez cienką ścianę, a ja poczułam znajome ukłucie w żołądku. Siedziałam na łóżku, patrząc w okno na szare podwórko, gdzie kiedyś bawiłam się z koleżankami. Teraz miałam 28 lat i czułam się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek.

– Zaraz wyjdę – odpowiedziałam cicho, choć wiedziałam, że to nie wystarczy. Tata wszedł bez pukania. Jego twarz była napięta, oczy zmęczone. Kiedyś te oczy patrzyły na mnie z dumą, teraz widziałam w nich tylko rozczarowanie.

– Marta, musimy poważnie porozmawiać. Nie możesz tu dłużej mieszkać. Jesteś dorosła, powinnaś mieć swoje życie.

Zamarłam. Słyszałam te słowa już kilka razy, ale za każdym razem bolały tak samo. Próbowałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

– Tata… Ja szukam pracy… Wiesz, jak jest teraz ciężko…

– Wszyscy mają ciężko! – przerwał mi ostro. – Ja też nie mam lekko. Ale nie mogę cię utrzymywać w nieskończoność. Twoja matka by tego nie chciała.

Zacisnęłam pięści. Mama zmarła pięć lat temu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Tata zamknął się w sobie, a ja próbowałam jakoś poskładać nasze życie na nowo. Ale nie umiałam.

Pamiętam, jak kiedyś byłam jego oczkiem w głowie. Zawoził mnie na lekcje tańca, kupował lody po szkole, opowiadał bajki na dobranoc. Po śmierci mamy wszystko się rozpadło. Tata zaczął pić. Najpierw trochę, potem coraz więcej. Pracę stracił dwa lata temu. Teraz żyliśmy z jego renty i moich dorywczych prac – sprzątania u sąsiadów, roznoszenia ulotek.

– Marta, ja już nie mam siły – powiedział ciszej. – Musisz coś ze sobą zrobić.

Wyszedł, zostawiając mnie z poczuciem winy i wstydu. Czy naprawdę jestem taka beznadziejna? Przecież próbowałam… Skończyłam studia pedagogiczne, ale pracy w szkole nie dostałam. Wszędzie wymagali doświadczenia albo znajomości. Próbowałam w przedszkolu – nie przyjęli mnie. Zostawały tylko śmieciowe umowy i prace, których nikt inny nie chciał.

Wieczorem usiadłam przy stole w kuchni. Tata oglądał telewizję i udawał, że mnie nie widzi.

– Tata…

– Co?

– Może spróbuję jeszcze raz w tej kawiarni na rynku…

– Rób co chcesz – burknął.

Chciało mi się płakać. Kiedyś rozmawialiśmy godzinami. Teraz każde słowo było jak cios.

Następnego dnia poszłam do kawiarni „Pod Aniołem”. Pani Basia spojrzała na mnie ze współczuciem.

– Marta… Znowu? Przykro mi, ale nie mamy wolnych miejsc.

Uśmiechnęłam się blado i wyszłam na ulicę. Ludzie mijali mnie obojętnie. Czułam się niewidzialna.

Wróciłam do domu późnym popołudniem. Tata siedział przy stole z butelką piwa.

– I co? – zapytał bez entuzjazmu.

– Nie ma pracy…

Westchnął ciężko.

– Marta… Ja naprawdę muszę ci powiedzieć… Jeśli do końca miesiąca nic się nie zmieni, będziesz musiała się wyprowadzić.

Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg.

– Dokąd mam pójść?

– Jesteś dorosła. Poradzisz sobie.

Wyszłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Płakałam długo i cicho, żeby nie słyszał.

Przez kolejne dni chodziłam po mieście z CV w ręku. Odwiedzałam sklepy, piekarnie, nawet stację benzynową. Wszędzie słyszałam to samo: „Oddzwonimy”, „Nie potrzebujemy nikogo”, „Może za miesiąc”.

Wieczorami tata coraz częściej wracał do tematu wyprowadzki.

– Może powinnaś zadzwonić do ciotki Haliny w Krakowie? – rzucił pewnego dnia.

– Nie chcę być nikomu ciężarem…

– A mi jesteś?

Zamilkliśmy oboje. W powietrzu wisiała cisza pełna żalu i pretensji.

Pewnej nocy usłyszałam hałas w kuchni. Tata przewrócił krzesło i krzyczał coś do siebie pod nosem. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam go zapłakanego przy stole.

– Przepraszam cię, Martusia… Ja już nie umiem inaczej…

Usiadłam obok niego i objęłam go ramieniem. Po raz pierwszy od lat poczułam, że jesteśmy razem w tym wszystkim – zagubieni, samotni, przestraszeni.

Ale rano wszystko wróciło do normy – chłód, dystans, milczenie.

Ostatniego dnia miesiąca spakowałam walizkę. Nie miałam dokąd pójść, ale nie mogłam już dłużej tu zostać. Tata patrzył na mnie spod byka.

– Gdzie idziesz?

– Nie wiem… Może do Moniki na kilka dni…

Skinął głową i odwrócił wzrok.

Wyszłam z domu rodzinnego po raz pierwszy bez kluczy w kieszeni. Czułam się jak dziecko wyrzucone z gniazda za karę za to, że nie umiało latać.

Monika przyjęła mnie na kanapie w swoim małym mieszkaniu na Pradze.

– Marta… Nie możesz tak żyć wiecznie pod czyimś dachem – powiedziała po kilku dniach.

Wiedziałam o tym doskonale. Ale co miałam zrobić?

Zaczęłam pracować jako kelnerka na nocnej zmianie w barze mlecznym. Zarabiałam grosze, ale przynajmniej miałam gdzie spać i co jeść.

Czasem dzwoniłam do taty, ale rozmowy były krótkie i chłodne.

Minęły dwa miesiące. Pewnego wieczoru dostałam SMS-a: „Martusia, wróć do domu”.

Serce mi zamarło. Zadzwoniłam od razu.

– Tata?

– Wróć… Proszę…

Wróciłam następnego dnia rano. Tata siedział przy stole ze zdjęciem mamy w ręku.

– Przepraszam cię… Nie powinienem był cię wyrzucać…

Objęliśmy się oboje i płakaliśmy długo.

Dziś wiem jedno: rodzina to nie zawsze bezpieczna przystań. Czasem to burza, która potrafi złamać nawet najtwardszych. Ale czy można wybaczyć wszystko? Czy dom to miejsce czy ludzie? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi.