Gorzka prawda za zamkniętymi drzwiami: Historia Joanny z Warszawy

— Co ty tu robisz?! — głos Pawła rozbrzmiał w pustym mieszkaniu, gdy przekroczyłam próg. Zamarłam, trzymając jeszcze w ręku klucze. W powietrzu unosił się zapach jej perfum — tych samych, które kiedyś mu kupiłam na urodziny.

Nie powinnam była wracać bez zapowiedzi. Ale tęskniłam. Delegacja w Poznaniu dłużyła mi się niemiłosiernie, a Paweł nie odbierał telefonu od dwóch dni. „Może jest zajęty w pracy” — tłumaczyłam sobie, choć gdzieś w środku czułam niepokój. Teraz już wiedziałam dlaczego.

W salonie stała ona — Magda, moja najlepsza przyjaciółka od liceum. Miała na sobie moją koszulę nocną i patrzyła na mnie z przerażeniem. Przez chwilę nikt się nie odezwał. Słyszałam tylko własny oddech i bicie serca, które waliło jak oszalałe.

— Joanna… To nie tak jak myślisz — zaczął Paweł, ale jego głos był pusty, bez przekonania.

Zaśmiałam się gorzko. — Naprawdę? To jak mam to rozumieć? — spojrzałam na Magdę. — Ty też masz coś do powiedzenia?

Magda spuściła wzrok. — Przepraszam… Ja… Nie chciałam…

— Nie chciałaś? — przerwałam jej, czując jak łzy napływają mi do oczu. — To dlaczego tu jesteś? Dlaczego w moim domu?

Wybiegłam z mieszkania, trzaskając drzwiami. Nie pamiętam nawet, jak dotarłam do mamy na Ochotę. Siedziałam na kanapie, ściskając kubek herbaty, a ona głaskała mnie po głowie jak małą dziewczynkę.

— Asiu, musisz być silna — powiedziała cicho. — Mężczyźni czasem są słabi. Ale ty nie możesz się teraz załamać.

Nie spałam całą noc. W głowie przewijały mi się obrazy: Paweł i Magda razem na naszym łóżku, ich szeptane rozmowy, spojrzenia podczas wspólnych spotkań, które teraz wydawały się mieć zupełnie inny sens.

Następnego dnia Paweł przyszedł do mamy. Stał w progu z bukietem tulipanów — moich ulubionych.

— Joasiu, porozmawiajmy… Proszę.

Nie chciałam go słuchać, ale mama nalegała.

— Musicie to wyjaśnić między sobą — powiedziała stanowczo.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie w kuchni. Paweł wyglądał na zmęczonego i starszego o kilka lat.

— To zaczęło się przypadkiem — zaczął cicho. — Było mi ciężko w pracy, ty byłaś ciągle zajęta… Magda po prostu była blisko.

— Blisko? — powtórzyłam z niedowierzaniem. — To wszystko? To twoje usprawiedliwienie?

— Nie wiem… Przepraszam. Wiem, że cię zraniłem.

Patrzyłam na niego i czułam tylko pustkę. Przez dziesięć lat byliśmy razem. Wspólne wakacje nad Bałtykiem, święta u jego rodziców w Lublinie, nasze plany na dziecko… Wszystko nagle straciło sens.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w transie. Chodziłam do pracy, rozmawiałam z ludźmi, ale czułam się jakby ktoś wyciągnął ze mnie duszę. Magda próbowała się ze mną skontaktować — dzwoniła, pisała wiadomości:

„Joasiu, błagam, odezwij się. To był błąd…”

Nie odpowiadałam. Zdrada bolała podwójnie: straciłam męża i przyjaciółkę jednocześnie.

Mama codziennie pytała:

— Może powinnaś wybaczyć? Ludzie popełniają błędy…

Ale ja nie potrafiłam. Każde wspomnienie bolało jak rana rozdrapywana na nowo.

Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie Anka z pracy:

— Asia, chodź z nami na piwo po robocie. Musisz wyjść do ludzi!

Nie miałam ochoty, ale poszłam. Siedzieliśmy w pubie na Mokotowie, śmialiśmy się z głupich żartów szefa i przez chwilę poczułam się normalnie.

Po kilku tygodniach zaczęłam wracać do życia. Zaczęłam biegać rano po Polu Mokotowskim, zapisałam się na kurs fotografii. Poznałam nowych ludzi — wśród nich był Tomek, rozwiedziony informatyk z dwójką dzieci.

— Też przez to przeszedłem — powiedział mi kiedyś podczas spaceru nad Wisłą. — Najgorsze jest poczucie winy i żal do siebie samego.

Zaczęliśmy się spotykać coraz częściej. Nie było między nami wielkiej namiętności, raczej cicha bliskość i zrozumienie. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam spokój.

Paweł próbował wrócić kilka razy:

— Zrobiłem błąd… Proszę, daj mi szansę…

Ale już nie potrafiłam mu zaufać.

Najtrudniejsze było spotkanie z Magdą. Przyszła do mnie do pracy bez zapowiedzi.

— Asia… Przepraszam cię z całego serca. Straciłam wszystko przez własną głupotę.

Patrzyłyśmy na siebie długo w milczeniu.

— Nie wiem czy kiedykolwiek ci wybaczę — powiedziałam w końcu. — Ale życzę ci szczęścia.

Wyszła ze łzami w oczach.

Minął rok od tamtego dnia. Mieszkam sama na Ursynowie, mam kota i nową pasję — fotografię uliczną. Z Tomkiem widujemy się od czasu do czasu; nie planuję już przyszłości tak jak kiedyś. Nauczyłam się żyć dla siebie.

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy lepiej nauczyć się żyć z raną niż udawać, że jej nie ma? Może każda z nas musi przejść przez swój własny upadek, żeby odnaleźć siebie na nowo?