Cudzoziemscy więźniowie: Opowieść z huty i cienia

— Andrzej, ty to masz dobrze, stary kawaler, nikt ci nad głową nie stoi! — zaśmiał się Marek, stukając kuflem o blat. Piwo rozlało się na stół, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Premia była marna, ale dla mnie każda złotówka to był tylko pretekst, żeby wyjść z domu i nie wracać do pustych ścian. — Jak jest — dobrze, jak nie ma — też nie dramatyzuję — rzuciłem z uśmiechem, choć w środku czułem pustkę, której nie potrafiłem nikomu opisać.

Siedzieliśmy w tej małej knajpce przy hucie, gdzie zapach spalonego tłuszczu mieszał się z kurzem i potem robotników. Za oknem szarzało, a światła miasta odbijały się w kałużach. Marek i Tomek narzekali na żony, dzieci, rachunki. Ja słuchałem ich z zazdrością. Oni mieli do kogo wracać. Ja miałem tylko siebie i ten wieczny dźwięk dzwonka w pustym mieszkaniu.

— Andrzej, a ty to co? Żadnej baby nie masz? — Tomek szturchnął mnie łokciem. — Może byś się w końcu ustatkował?

— Po co mi to? — odpowiedziałem z przekąsem. — Żeby ktoś mi mówił, co mam robić?

Wszyscy się zaśmiali, ale ja czułem, jak coś mnie ściska w środku. Kiedyś miałem narzeczoną. Zostawiła mnie dla kogoś bogatszego. Od tamtej pory nie potrafiłem nikomu zaufać.

Wtedy do knajpy weszli oni — trzech obcych, ciemnoskórych mężczyzn w roboczych ubraniach. Wszyscy ucichli. W naszym miasteczku cudzoziemcy byli rzadkością, a już na pewno nie w tej części miasta. Spojrzałem na nich i zobaczyłem w ich oczach coś znajomego — zmęczenie, rezygnację, może nawet strach.

— Patrzcie, nowi więźniowie huty — szepnął Marek z przekąsem.

Nie lubiłem tego tonu. Wiedziałem, jak to jest być obcym nawet we własnym domu.

Jeden z nich podszedł do baru i zamówił piwo łamaną polszczyzną. Barmanka spojrzała na niego nieufnie, ale nalała. Pozostali usiedli przy stoliku obok nas. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

— Skąd jesteście? — zapytałem nagle, sam nie wiem dlaczego.

Jeden z nich spojrzał na mnie zaskoczony. — Z Ukrainy — odpowiedział cicho. — Pracujemy tu… przy piecu.

Marek prychnął pod nosem. — Zabierają nam robotę.

Poczułem wstyd za kolegę. — Każdy chce żyć — powiedziałem spokojnie.

Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że mają rodziny daleko stąd, a tu są tylko po to, żeby zarobić na chleb. Jeden z nich, Sasza, pokazał mi zdjęcie córki w telefonie. Miała może pięć lat.

— Tęsknię za nią każdego dnia — powiedział cicho.

Nagle poczułem, że moje samotne wieczory są niczym wobec ich tęsknoty.

Wieczór ciągnął się dalej. Koledzy zaczęli być coraz bardziej pijani i coraz bardziej nieprzyjemni wobec cudzoziemców. Padały słowa, których nie chciałem słyszeć: „wracajcie do siebie”, „tu nie wasze miejsce”.

— Dajcie spokój! — krzyknąłem w końcu. — Każdy tu jest tylko człowiekiem!

Marek spojrzał na mnie jak na wariata. — Co ci odbiło? Bronić obcych?

— Może dlatego, że sam czuję się obcy — odpowiedziałem szczerze.

Wyszedłem z knajpy wcześniej niż zwykle. Na ulicy było zimno i wilgotno. Szedłem powoli do domu, myśląc o tym wszystkim. O tym, jak łatwo jest oceniać innych, nie znając ich historii. O tym, jak bardzo brakuje nam empatii.

W domu czekała na mnie cisza. Usiadłem przy oknie i patrzyłem na światła miasta. Przypomniałem sobie twarz Saszy i jego córki na zdjęciu. Przypomniałem sobie własną matkę, która zawsze powtarzała: „Nie oceniaj ludzi po tym, skąd są”.

Następnego dnia w pracy atmosfera była napięta. Koledzy unikali mnie wzrokiem. Cudzoziemcy pracowali w milczeniu, szybciej niż zwykle. Widziałem strach w ich oczach.

Po pracy podszedłem do Saszy.

— Wszystko w porządku? — zapytałem.

Uśmiechnął się smutno. — Przywykliśmy…

Chciałem coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów.

Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra z Warszawy.

— Andrzej, czemu nie przyjeżdżasz? Tato pyta o ciebie.

— Nie wiem… Jakoś tak…

— Samotność cię zżera — powiedziała cicho. — Przyjedź do nas na święta.

Obiecałem, ale wiedziałem, że znów zostanę sam.

Minęły tygodnie. W hucie doszło do wypadku. Jeden z cudzoziemców został ranny przy piecu. Wszyscy patrzyli na to obojętnie. Tylko ja pobiegłem po pomoc.

W szpitalu Sasza podziękował mi łamaną polszczyzną.

— Jesteś dobrym człowiekiem…

Wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym wszystkim: o samotności, o ludziach wokół mnie, o tym, jak łatwo jest zamknąć się w swoim świecie i nie widzieć cierpienia innych.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę jesteśmy tak różni? Czy to miejsce kiedykolwiek będzie domem dla kogoś takiego jak ja albo Sasza? Może wszyscy jesteśmy tylko cudzoziemcami – więźniami własnych lęków i uprzedzeń?