Córce odeszły wody, a ona nadal szykowała mężowi obiad. W jej kuchni zobaczyłam własne życie
— Mamo, tylko wytrę podłogę. Paweł zaraz będzie jadł.
Moja córka stała boso w kałuży, z jedną ręką na brzuchu, drugą zaciśniętą na ścierce. Nagle zgięła się nad blatem. Pokrywka na garnku podskakiwała, w pokoju grał telewizor, a ja przez chwilę nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.
— Aniu, co to za woda?
Nie spojrzała mi w oczy.
— Chyba mi odeszły. Ale spokojnie. Skurcze są co kilka minut, dopiero od niedawna.
Z pokoju dobiegł głos zięcia:
— Anka, ziemniaki już miękkie?
Miałam w ręku siatkę z jabłkami. Postawiłam ją tak mocno, że jedno potoczyło się pod lodówkę.
— Paweł! Chodź tutaj. Natychmiast.
Zjawił się w drzwiach z pilotem. Spojrzał na mokre płytki, potem na żonę.
— No co? Przecież widzę. Mówiłem, żeby zadzwoniła do szpitala.
— I usiadłeś przed telewizorem?
— Powiedziała, że jeszcze zdąży.
Ania znów zacisnęła palce na blacie. Patrzyłam, jak bieleją jej knykcie. Miała dwadzieścia dziewięć lat, ogromny brzuch i fartuch przewiązany tak wysoko, że wyglądał jak obcy kawałek materiału.
— Torba gdzie? — zapytałam.
— W sypialni. Tylko mięso trzeba wyłączyć.
Wyłączyłam wszystkie palniki. Wzięłam telefon i zadzwoniłam na porodówkę. Położna kazała przyjechać od razu. Powtórzyłam to głośno, chociaż córka stała tuż obok.
— Ja jutro mam pierwszą zmianę — powiedział Paweł. — Jak to potrwa całą noc…
— To będziesz niewyspany — przerwałam. — Przynieś jej buty i torbę. Jedziemy.
Ania złapała mnie za rękaw.
— Mamo, nie rób awantury.
I wtedy to usłyszałam. Nie tylko jej słowa. Swój własny głos sprzed trzydziestu lat.
Tak samo prosiłam matkę, kiedy mój mąż wracał z pracy i pytał, dlaczego obiad niegotowy. Miałam gorączkę, niemowlę przy piersi i stos pieluch w wannie. Ale jemu trzeba było podać. Bo pracował. Jakby moja praca zaczynała istnieć dopiero wtedy, gdy coś zostało niezrobione.
Anię wychowałam w takim domu. Widziała, jak odkładam wizytę u lekarza, bo ojcu nie pasowało zostać z nią przez godzinę. Słyszała moje: „Daj, ja zrobię, będzie szybciej”. A potem jeszcze chwaliłam ją, że jest taka zaradna i wszystko umie sama.
No i umiała. Nawet rodzić próbowała tak, żeby nikomu nie przeszkodzić.
— Córeczko, posłuchaj mnie. Nie musisz kończyć obiadu, żeby zasłużyć na pomoc.
— Ja nie zasługuję, tylko… On wrócił zmęczony.
— A ty nie jesteś zmęczona?
Odwróciła twarz. Łzy kapały jej na fartuch.
Paweł rzucił torbę przy drzwiach.
— Oczywiście teraz jestem najgorszy. Nie kazałem jej gotować.
— A zapytałeś, czy może? — zapytałam. — Od tygodni widzę tu pranie na suszarce, zakupy, garnki. Ona ledwo chodzi.
— Nie wie pani, jak jest u nas.
Wiedziałam więcej, niż chciałam przyznać. Ania od miesiąca była na zwolnieniu. Rata mieszkania wzrosła, Paweł brał nadgodziny, a ona mówiła, że skoro siedzi w domu, powinna przynajmniej wszystko ogarniać. Dwa razy przywiozłam zupę. Ani razu nie zapytałam, dlaczego jej mąż nie może ugotować następnej.
Następny skurcz przerwał nam rozmowę. Pomogłam córce usiąść, a kiedy minął, założyłam jej buty. Paweł wreszcie schował pilot do kieszeni, po czym wyjął go i odłożył na komodę. Ten głupi ruch pamiętam do dziś.
W samochodzie siedziałam z Anią z tyłu. Ściskała mnie za rękę.
— Ty dawałaś radę — wyszeptała. — Zawsze mówiłaś, że trzeba zacisnąć zęby.
Nie mogłam udawać, że źle zapamiętała.
— Mówiłam. I bardzo cię za to przepraszam.
Spojrzała na mnie pierwszy raz od wyjścia z mieszkania.
— Myślałam, że jak poproszę, to wyjdzie, że sobie nie radzę.
— Ja też tak myślałam.
Na izbie przyjęć zabrano ją szybko. Paweł został przy rejestracji z dokumentami, blady i nagle bardzo cichy. Kilka godzin później urodziła się Zosia.
Nie było cudownej przemiany. Następnego dnia zięć zapytał mnie, czy po wypisie mogłabym zamieszkać u nich i „ogarnąć dom”.
— Pomogę Ani odpocząć — odpowiedziałam. — Obowiązkami podzielicie się oboje.
Córka usłyszała to z łóżka.
— Paweł, weź urlop. Potrzebuję cię w domu. I nie chcę zostawać ze wszystkim sama.
Głos jej drżał. Nie cofnęła jednak ani słowa.
Wieczorem usiadłam obok niej, gdy Zosia zasnęła. Ania zapytała, czy jestem na nią zła.
— Nie. Na siebie trochę jestem.
Ścisnęła moje palce, tak samo jak w samochodzie.
Najbardziej boli mnie, że nauczyłam córkę milczeć, sama nazywając to zaradnością. Ile jeszcze kobiet musi usłyszeć, że ma prawo odpocząć, zanim przestanie za ten odpoczynek przepraszać?