Teściowa weszła do naszej sypialni bez pukania. Mąż powiedział, że przesadzam, więc spakowałam torbę
— Wstawaj, bo ziemniaki stygną — powiedziała teściowa, odsuwając zasłony w naszej sypialni.
Leżałam w majtkach i wyciągniętej koszulce. Po sześciu dniach pracy, w tym sobotnim zastępstwie w przychodni, chciałam tylko godzinę pospać. Spojrzałam na drzwi. Stał w nich mój mąż z kubkiem kawy.
— Paweł, dlaczego twoja mama jest w naszej sypialni?
— Przywiozła obiad. Nie zaczynaj od rana.
Była trzynasta czterdzieści. Wróciłam z pracy przed godziną.
Pani Teresa westchnęła, podniosła moje spodnie z podłogi i przewiesiła je przez krzesło. Ten drobny gest zabolał mnie bardziej niż jej słowa. Nawet tutaj nie mogłam zostawić po sobie bałaganu bez świadków.
— Proszę wyjść — powiedziałam.
Znieruchomiała.
— Słucham?
— Chcę się ubrać. Sama.
Drzwi zamknęły się mocniej, niż powinny. W kuchni usłyszałam teścia:
— Człowiek z dobrym sercem przyjeżdża, a tu takie przyjęcie.
Kiedy kupowaliśmy mieszkanie, rodzice Pawła dołożyli nam trzydzieści tysięcy do wkładu własnego. Bez nich bank nie dałby nam kredytu. Byłam wdzięczna. Naprawdę. Sama zaproponowałam zapasowy klucz, na wypadek awarii albo gdyby trzeba było podlać kwiaty.
Nie pomyślałam, że tym kluczem będą otwierali sobie drzwi cztery razy w tygodniu.
Najpierw przywozili słoiki. Potem zostawali na kawę. Później obiad przestał być propozycją, a stał się czymś, co miałam podgrzać, podać i po czym miałam pozmywać.
Pracowałam na rejestracji, odbierałam po kilkadziesiąt telefonów dziennie. W domu marzyłam o ciszy. Tymczasem już na klatce słyszałam telewizor i głos teścia.
— Jest nasza gospodyni! To może herbatki?
Paweł zwykle siedział obok niego. Kiedy prosiłam go wzrokiem o pomoc, mówił: „Już idę”, ale jakoś nigdy nie szedł.
Próbowałam rozmawiać spokojnie.
— Niech chociaż zadzwonią wcześniej.
— Mama się obrazi.
— A ja mogę być zmęczona?
— Przecież nikt ci nie każe ich zabawiać.
Tylko że kiedy szłam do sypialni, później słyszałam, że jestem chłodna. Kiedy zamawiałam pizzę, pani Teresa pytała, czy naprawdę tak trudno ugotować coś dla rodziny. Kiedy milczałam, Paweł miał pretensje o atmosferę.
Więc się uśmiechałam. Głupio mi teraz to przyznać, ale ćwiczyłam ten uśmiech w windzie.
Tamtej soboty ubrałam się i weszłam do kuchni. Na stole stały talerze, a mój laptop leżał na parapecie. Teściowa odsunęła go razem z rachunkami, które rano próbowałam uporządkować.
— Musimy ustalić zasady wizyt — powiedziałam.
Paweł zacisnął szczękę.
— Teraz będziesz robiła przedstawienie?
— Nie. Teraz mówię, bo od miesięcy proszę cię po cichu i nic z tego nie wynika.
Teściowa zaczęła wkładać ziemniaki z powrotem do garnka.
— Dobrze. Już wiemy, że przeszkadzamy.
Poczułam znajomy odruch: zatrzymać ją, przeprosić, nalać kawy. Ręce same mi poszły w stronę szafki.
Ale je opuściłam.
— Nie przeszkadzacie zawsze. Przeszkadza mi, że nie mogę zdecydować, kiedy przyjmuję gości.
Teść spojrzał na Pawła.
— Jak potrzebowaliście pieniędzy, to byliśmy rodziną.
Zrobiło mi się gorąco.
— Byliście. Nadal jesteście. Ale nie wiedziałam, że ta pomoc oznacza zgodę na wchodzenie bez pukania.
— Dosyć — syknął Paweł. — Przeproś tatę.
Wtedy poszłam po torbę.
Nie rzucałam ubraniami. Włożyłam dres, ładowarkę i szczoteczkę. Paweł przyszedł za mną dopiero, kiedy wyjęłam kosmetyczkę.
— Ty tak serio? Przez obiad?
— Jadę do Magdy. Na dwie noce. Nie przez obiad. Dlatego, że proszę o prywatność, a ty każesz mi przepraszać.
U siostry płakałam nad herbatą. Nie czułam żadnego zwycięstwa. Bałam się raty kredytu, rozwodu, tego, że może rzeczywiście jestem niewdzięczna. Magda usiadła obok i zapytała tylko, czy chcę rozmawiać, czy spać.
Wybrałam sen.
W niedzielę Paweł zadzwonił.
— Rozmawiałem z nimi. Mama mówi, że już nigdy nie przyjdzie.
Czekałam, co powie dalej.
— Powiedziałem, że chcę, żeby przychodziła. Ale po uzgodnieniu z nami. I że w poniedziałek odbiorę klucz.
Nie wróciłam od razu. Poprosiłam, żebyśmy ustalili też coś między sobą: jego rodzice, jego rozmowy z nimi. Nie miałam już tłumaczyć za niego odmowy ani obsługiwać wizyt, na które mnie nie zapytano.
Minęły trzy miesiące. Teściowa nadal czasem wbija szpilkę. Paweł dwa razy musiał powtórzyć przez telefon, że dziś nie przyjmujemy gości. Za drugim razem nie wyszedł nawet z pokoju, żebym nie słyszała.
Powoli przestaję nasłuchiwać klucza w zamku.
Wciąż jednak zastanawiam się, dlaczego musiałam spakować torbę, żeby moje zwykłe „jestem zmęczona” wreszcie coś znaczyło.