Wyrzucił mnie z domu, kiedy byłam w ciąży, bo uwierzył swojej matce. Po ośmiu latach stanął pod moimi drzwiami i zapytał o syna
— Klucze zostaw na szafce — powiedział Paweł, kiedy jego matka wciskała moje ubrania do torby z marketu.
Stałam w przedpokoju z dłonią na brzuchu. Byłam w piątym miesiącu ciąży. Z rękawa kurtki wystawało skierowanie na badania, a mój mąż patrzył na podłogę, jakby to tam rozstrzygało się, czy jestem mu wierna.
— Powiedz jej, żeby przestała — poprosiłam. — Paweł, popatrz na mnie.
Nie spojrzał.
Teściowa pokazała mu zdjęcie, na którym wsiadałam do samochodu kolegi z pracy. Krzysiek podwiózł mnie po zmianie, bo zrobiło mi się słabo. Według niej od miesięcy miałam romans.
— Sama widziałam, jak go obejmowałaś — syknęła.
Przytrzymałam się jego ramienia, żeby nie upaść. Tyle było tego obejmowania.
— Zróbmy badania po porodzie — powiedziałam. — Tylko nie rób mi tego teraz.
Teść otworzył drzwi.
— Trzeba było wcześniej myśleć.
Mieszkaliśmy na piętrze ich domu pod Radomiem. Przez trzy lata dokładaliśmy do remontu, ale nagle okazało się, że nie mam tam nawet prawa poczekać na taksówkę.
Pojechałam do mamy. Miała dwa pokoje, rentę i rozkładaną wersalkę z zapadniętym środkiem. Kiedy zobaczyła torbę, nie zapytała o nic. Zdjęła tylko pościel ze swojego łóżka.
Przez pierwszy tydzień dzwoniłam do Pawła codziennie. Potem co kilka dni. W końcu dostałam wiadomość: „W sprawach rozwodu pisz do pełnomocnika”.
Antka urodziłam w listopadzie. Mama czekała na korytarzu, bo przy porodzie źle się poczuła. Położna zapytała, czy zadzwonić do ojca dziecka.
— Nie odbierze — powiedziałam.
I dopiero wtedy naprawdę się rozpłakałam.
Ponieważ urodziłam syna jeszcze w małżeństwie, Paweł był prawnie jego ojcem. W sądzie powtarzał jednak, że dziecko może nie być jego. Zgodziłam się na badanie. Wynik potwierdził ojcostwo.
Myślałam, że przyjedzie choć zobaczyć Antka.
Przysłał wiadomość: „Potrzebuję czasu”.
Dostał osiem lat.
Sąd zasądził alimenty, ale po kilku miesiącach przelewy zaczęły znikać. Raz przysłał połowę, potem nic. Poszłam do komornika, choć teściowa wydzwaniała, że chcę jej syna puścić z torbami.
— To pieniądze na waszego wnuka — powiedziałam.
— Nie zasłaniaj się dzieckiem.
Odłożyłam telefon, bo Antek spał mi na rękach, a ja zaczęłam się trząść.
Wróciłam do pracy w piekarni. Mama odbierała małego ze żłobka. Gdy zachorowała na serce, zamieniłyśmy się rolami: ja pilnowałam jej leków, ona przepraszała, że nie może pomóc.
Najgorsze nie były nawet pieniądze. Chociaż pamiętam, jak stałam przy kasie i odkładałam ser, udając, że wzięłam niewłaściwy.
Najgorsze były pytania Antka.
— Tata nie wie, gdzie mieszkamy?
Miał wtedy pięć lat. Siedział na dywanie i naprawiał samochodzik taśmą.
— Wie, kochanie.
— To czemu nie przychodzi?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Powiedziałam tylko, że to nie jest jego wina. Powtarzałam mu to później wiele razy.
Paweł pojawił się w sobotę rano, kiedy smażyłam naleśniki. Poznałam go przez wizjer, chociaż przytył i miał siwe włosy przy skroniach.
— Mogę wejść?
Wyszłam na klatkę, zamykając drzwi za sobą.
Jego matka po udarze zamieszkała u swojej siostry. Pokłóciły się i wtedy wyszło, że żadnego romansu nie widziała. Chciała mnie usunąć z domu, bo namawiałam Pawła na wyprowadzkę.
— Przyznała się — powiedział. — Bała się, że mnie straci.
— A ty czego się bałeś?
Zacisnął usta.
— Że miała rację.
— Po badaniu też?
Nie odpowiedział od razu.
— Potem było mi wstyd. Im dłużej zwlekałem, tym…
— Tym wygodniej było nie przychodzić.
Przytaknął. Pierwszy raz nie próbował się zasłonić matką.
Chciał zobaczyć syna. Powiedział, że spłaci zaległości, że poszedł na terapię. Słuchałam i patrzyłam na jego buty. Antek miał podobny zwyczaj stawiania stóp do środka.
Nienawidziłam tego, że akurat to zauważyłam.
— Nie wrócisz do mnie — powiedziałam. — A z Antkiem nie będzie żadnej niespodzianki i prezentów pod drzwiami. Najpierw porozmawiam z psychologiem. Potem z nim.
Pierwsze spotkanie odbyło się miesiąc później, w poradni. Antek zgodził się przyjść, ale poprosił, żebym została obok.
Paweł przyniósł wielkie pudełko klocków.
— Możesz je na razie schować? — zapytał syn. — Chcę wiedzieć, czy przyjdziesz też następnym razem.
Paweł odstawił pudełko. Otarł twarz dłonią.
Minęły cztery miesiące. Na razie przychodzi. Nie mówię Antkowi, że tak już zostanie. Sprawdzam, czy ma spakowaną bluzę, i pozwalam im wyjść na spacer.
Czy można pozwolić komuś być ojcem, nie wybaczając mu tego, jakim był mężem? Na razie właśnie tak próbuję.