Kupiliśmy dom pod miastem, ale rodzina zrobiła z niego darmowy pensjonat. Kiedy zmieniłam zamki, nazwali mnie egoistką
— Marta, otwórz! Dzieci chcą do toalety! — głos mojej szwagierki wyrwał mnie ze snu o szóstej czterdzieści w sobotę.
Usiadłam na łóżku i spojrzałam na Piotra. Udawał, że śpi, choć widziałam, jak zaciska powieki. Za oknem stał samochód Agnieszki, a obok niego jej mąż, Krzysztof, wyciągał z bagażnika walizki. Nie torby na jeden dzień. Walizki.
— Wiedziałeś? — zapytałam cicho.
Piotr westchnął.
— Mama coś wspominała, że mogą wpaść.
— Wpaść? Oni mają pościel, lodówkę turystyczną i rowery.
Kupiliśmy ten dom rok wcześniej. Niewielki, pod Radomiem, z trzema pokojami i ogrodem, który bardziej przypominał klepisko. Wzięliśmy kredyt na trzydzieści lat. Wszystko robiliśmy sami. Ja malowałam ściany po pracy, Piotr układał panele po nocach. Marzyłam o porannej kawie na tarasie, ciszy i braku sąsiada wiercącego nad głową.
Pierwsza wizyta rodziny była miła. Teściowa, pani Halina, przywiozła sernik. Agnieszka zachwycała się ogrodem. Dzieci biegały po trawie. Wtedy sama powiedziałam: „Przyjeżdżajcie częściej”. Do dziś żałuję tych słów.
Zaczęli przyjeżdżać co weekend. Bez telefonu albo z wiadomością wysłaną, gdy byli już w drodze. Pani Halina zajmowała kuchnię i przestawiała wszystko po swojemu. Agnieszka wrzucała ręczniki do kosza na pranie, jakbyśmy prowadzili pensjonat. Krzysztof otwierał piwo, kładł nogi na stoliku i pytał, co będzie na obiad.
Płaciliśmy coraz wyższe rachunki. Woda, prąd, jedzenie. Po racie kredytu i opłatach zostawało nam niewiele, a ja w poniedziałki brałam kanapki z pasztetem, bo przez weekend znikało wszystko z lodówki.
Najgorsze było to, że Piotr milczał.
— Powiedz im, że muszą wcześniej pytać — prosiłam.
— To moja rodzina. Co mam zrobić, wyrzucić ich?
— Nie. Masz przypomnieć, że my tutaj mieszkamy.
Któregoś lata przyjechali na dziewięć dni. Dziewięć. Agnieszka oznajmiła, że odwołali nocleg nad zalewem, bo „u nas wygodniej i za darmo”. Zaśmiała się, a mnie zrobiło się gorąco.
Pracowałam wtedy zdalnie. Podczas ważnej rozmowy jej dzieci wbiegły do pokoju, krzycząc, że chcą hasło do internetu. Szef przerwał prezentację i zapytał, czy na pewno mam warunki do pracy.
Wieczorem rozpłakałam się w łazience. Siedziałam na zamkniętej klapie sedesu, bo tylko tam mogłam być sama.
Następnego dnia wróciłam wcześniej ze sklepu i usłyszałam rozmowę na tarasie.
— Marta przesadza — mówiła pani Halina. — Dom duży, a zachowuje się, jakbyśmy jej coś zabierali.
— Piotrek mówił, że ostatnio jest nerwowa — odpowiedziała Agnieszka.
Zamarłam. To zabolało bardziej niż wszystkie brudne talerze. Mąż nie bronił mnie. Tłumaczył mnie jak problem.
Kiedy wyjechali, położyłam na stole kartkę. Odwiedziny tylko po wcześniejszym uzgodnieniu. Maksymalnie dwa noclegi. Każdy przywozi część jedzenia. Gabinet jest zamknięty. Żadnych dodatkowych kluczy.
— Chyba żartujesz — powiedział Piotr.
— Nie żartuję. Jeszcze jedna taka wizyta i wynajmuję kawalerkę. Sama.
Pierwszy test przyszedł po tygodniu. Pani Halina zadzwoniła z bramy. Przyjechała z kuzynką Danutą i torbami.
Nie otworzyłam.
Piotr chodził po salonie, czerwony ze wstydu. Telefon dzwonił bez przerwy.
— Własnej matki nie wpuszczasz? — krzyczała pani Halina przez domofon.
— Nie była pani umówiona.
— Rodzina nie musi się umawiać!
— Do mojego domu musi.
Potem posypały się wiadomości. Że jestem zimna. Że odciągam Piotra od bliskich. Agnieszka napisała, że dom zmienił mnie w „wielką panią”. Nawet moja mama stwierdziła, że mogłam załatwić to delikatniej.
Przez kilka dni Piotr prawie się nie odzywał. W końcu usiadł obok mnie na schodach przed domem.
— Bałem się im odmówić — powiedział. — Łatwiej było udawać, że to ty przesadzasz.
To nie były przeprosiny idealne, ale prawdziwe. Ustaliliśmy zasady razem. Zmieniliśmy też wkładkę w zamku, bo pani Halina miała klucz „na wszelki wypadek”.
Minęły cztery miesiące. Rodzina przyjeżdża rzadziej. Obrażają się, komentują, czasem próbują wzbudzić poczucie winy. Jednak w sobotę rano piję kawę w ciszy i nie nasłuchuję samochodu na podjeździe.
Czasem nadal pytam siebie, czy byłam zbyt ostra. Ale czy naprawdę trzeba poświęcić własny spokój, żeby zasłużyć na miano dobrej żony i dobrej synowej?