W imieniny męża usłyszałam, że „to tylko kilka godzin w kuchni”. Zdjęłam fartuch i pierwszy raz powiedziałam jego rodzinie prawdę
— Marta, naprawdę podałaś śledzie w tej misce? — teściowa stała pośrodku kuchni z miną, jakby właśnie odkryła pleśń w lodówce. — Na imieniny Piotra zawsze wykładałam je na półmisek. Z cebulką dookoła, nie tak byle jak.
Była dopiero jedenasta, a ja od pięciu godzin byłam na nogach. W piekarniku piekł się schab, na kuchence pyrkał bigos, a na pralce w łazience leżały ręczniki, których nie zdążyłam poskładać. Ręce pachniały mi czosnkiem, włosy przykleiły się do czoła.
— Halino, półmiski są jeszcze w zmywarce — odpowiedziałam, zaciskając zęby. — Przełożę później.
— Ja tylko mówię. Goście patrzą na takie rzeczy.
Piotr siedział wtedy w salonie i sprawdzał wyniki meczu w telefonie. Jego jedynym zadaniem było przynieść z piwnicy dodatkowe krzesła. Prosiłam go o to trzy razy.
Przyjęcie urządzałam ja. Zapłaciłam za mięso, ciasta, wędliny i alkohol. Wyszło prawie dziewięćset złotych, czyli większość pieniędzy, które odkładałam na dentystę. Piotr dwa tygodnie wcześniej dostał mniejszą wypłatę, bo wziął zaliczkę na naprawę samochodu. Powiedział, że odda mi po pierwszym. Nie oddał.
Mimo to chciałam, żeby miał miłe imieniny. Czterdzieste. Ważne, prawda?
Teściowa poprawiła firankę, przesunęła wazon i skrzywiła się na papierowe serwetki.
— Mogłaś kupić materiałowe. Rodzina przyjeżdża, nie koledzy z pracy.
Coś ścisnęło mnie w gardle. Wyszłam na balkon, choć było zimno. Piotr przyszedł za mną dopiero wtedy, gdy poprosiłam go gestem.
— Piotrek, ja już nie daję rady — powiedziałam cicho. — Od rana robię wszystko sama. Twoja mama tylko chodzi i komentuje. Pomóż mi chociaż nakryć stół.
Westchnął ciężko, jakbym przerwała mu coś bardzo ważnego.
— Marta, nie zaczynaj dzisiaj. To tylko kilka godzin w kuchni.
— Jestem tu od szóstej.
— No i? Sama chciałaś robić przyjęcie w domu. Mogliśmy zamówić pizzę.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, z którym żyłam jedenaście lat. To przecież on mówił, że pizza będzie wstydem przed rodziną. To on zaprosił osiemnaście osób, choć ustalaliśmy dziesięć.
— Chciałam zrobić coś dla ciebie — wyszeptałam.
— To zrób i nie psuj atmosfery.
Wrócił do salonu.
Przez chwilę stałam bez ruchu. Potem wyłączyłam piekarnik, zdjęłam fartuch i położyłam go na blacie. Nie płakałam. Chyba byłam już zbyt zmęczona.
Kiedy przyszli pierwsi goście, Piotr zawołał z salonu:
— Marta, gdzie są kieliszki?
— W szafce.
— To przynieś, proszę!
Weszłam do pokoju. Teściowa właśnie opowiadała ciotce Danucie, że „młode kobiety wszystko robią na skróty”. Poczułam, jak pali mnie twarz.
— Kieliszki są w kuchni — powiedziałam. — Jedzenie też. Możecie się obsłużyć.
Zapadła cisza.
— Co ty wyprawiasz? — syknął Piotr.
— Kończę pracę. Podobno to tylko kilka godzin w kuchni, więc chyba sobie poradzisz.
Halina prychnęła.
— Za moich czasów żona nie urządzała przedstawienia przy gościach.
I wtedy puściło. Powiedziałam, że zakupy zrobiłam za pieniądze odłożone na leczenie zęba. Że Piotr nie kiwnął palcem. Że od rana słyszę wyłącznie, co zrobiłam źle. Głos mi drżał, ale mówiłam dalej.
Piotr pobladł.
— Musiałaś wyciągać pieniądze przy wszystkich?
— A ty musiałeś przy wszystkich udawać, że to przyjęcie zrobiło się samo?
Wzięłam kurtkę i wyszłam. Usiadłam w pobliskiej kawiarni nad herbatą, której nawet nie wypiłam. Telefon dzwonił kilkanaście razy. Najpierw Piotr. Potem teściowa. W końcu napisała do mnie jego siostra, Agnieszka: „Dobrze zrobiłaś. On nawet nie wiedział, gdzie trzymacie talerze”.
Wróciłam po dwóch godzinach. Goście już wychodzili, a Piotr zmywał naczynia. Pierwszy raz widziałam go przy zlewie bez mojego proszenia.
— Narobiłaś mi wstydu — powiedział.
— Nie. Ja tylko przestałam go za ciebie ukrywać.
Nie przeprosił. Ja też nie. Następnego dnia zapisałam się do dentysty i powiedziałam, że pieniądze na leczenie ma zwrócić do końca miesiąca. A kolejnych rodzinnych imienin nie organizuję sama.
Czasem nadal zastanawiam się, dlaczego musiałam odejść od własnego stołu, żeby ktoś wreszcie zauważył, ile przy nim robię. Czy naprawdę trzeba zrobić awanturę, zanim najbliżsi zaczną traktować nas jak ludzi, a nie darmową obsługę?