Przez dwa lata odbierałam jej dzieci i ratowałam każdy kryzys. Kiedy pierwszy raz powiedziałam „nie”, usłyszałam, kim naprawdę dla niej byłam
— To co ja mam teraz zrobić z dziećmi?! — krzyknęła Karolina tak głośno, że aż odsunęłam telefon od ucha. — Przecież zawsze je odbierasz!
Stałam wtedy w łazience z termometrem w dłoni. Mój syn Michał miał prawie trzydzieści dziewięć stopni gorączki, a ja właśnie napisałam Karolinie, że nie odbiorę Zosi z przedszkola i Kuby ze świetlicy.
— Michał jest chory. Nie zostawię go samego — odpowiedziałam, próbując mówić spokojnie.
— Mogłaś uprzedzić wcześniej.
Spojrzałam na zegarek. Była jedenasta. Dzieci kończyły zajęcia po piętnastej.
— Gorączka też powinna mnie wcześniej uprzedzić? — wyrwało mi się.
Zapadła cisza. Potem usłyszałam tylko:
— Wiedziałam, że nie można na tobie polegać.
Rozłączyła się.
Jeszcze dwa lata wcześniej byłyśmy niemal nierozłączne. Mieszkałyśmy na tym samym osiedlu pod Łodzią, nasze balkony dzieliło kilka metrów. Karolina samotnie wychowywała dwoje dzieci. Ojciec Kuby i Zosi pojawiał się nieregularnie, najczęściej wtedy, gdy chciał zrobić wspólne zdjęcie na weekend.
Było mi jej żal. Kiedy zaczęła pracę w drogerii w galerii handlowej, zaproponowałam, że czasem odbiorę dzieci. Pracowałam z domu, więc wydawało mi się, że to żaden problem.
Najpierw było raz w tygodniu. Potem dwa. Wkrótce Karolina wysyłała mi rano wiadomość: „Dzisiaj też dasz radę?”. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, przychodziła następna: „Napisałam już wychowawczyni, że odbierzesz”.
Kupowałam dzieciom bułki, jogurty, czasem obiady, bo wracały głodne. Nigdy nie poprosiłam o pieniądze. Karolina przynosiła od czasu do czasu czekoladę i mówiła:
— Jesteś moim aniołem. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Te słowa długo mi wystarczały.
Tylko że z czasem przestałam wyrabiać się z własną pracą. Siedziałam przy komputerze do późna, a mój mąż Piotr jadł sam kolację. Michał kilka razy pytał, dlaczego ciągle musimy czekać na Zosię i Kubę.
— Mamo, możemy kiedyś pójść po szkole tylko we dwoje na lody?
Obiecywałam, że pójdziemy. Zawsze jednak wypadała dodatkowa zmiana Karoliny, wizyta u fryzjera albo „pilna sprawa w urzędzie”. Raz dowiedziałam się od sąsiadki, że ta pilna sprawa była kawą z nowym chłopakiem.
Zabolało mnie, ale jeszcze wtedy ją usprawiedliwiałam. Przecież każdy potrzebuje chwili dla siebie, prawda? Tylko jakoś nie zauważyłam, że ja nie miałam już ani jednej.
Przełom przyszedł w sobotę. Mieliśmy jechać z Piotrem i Michałem do mojej mamy na urodziny. Karolina zapukała rano z dziećmi i torbą ubrań.
— Weźmiesz ich do wieczora? Mam zmianę.
— Nie mogę. Jedziemy do mamy.
Jej twarz momentalnie stwardniała.
— Ale ja już powiedziałam kierowniczce, że przyjdę.
— Nie pytałaś mnie.
— Myślałam, że mogę na ciebie liczyć.
Piotr stał za mną w przedpokoju. Nic nie powiedział, ale widziałam jego zaciśnięte usta. Po raz pierwszy nie ustąpiłam. Karolina trzasnęła drzwiami tak mocno, że spadła ramka ze zdjęciem.
Kilka dni później zachorował Michał i wydarzyła się rozmowa, po której przestała się do mnie odzywać. Usunęła mnie ze znajomych, ominęła na klatce schodowej, a wspólnej sąsiadce powiedziała, że zostawiłam ją w najgorszym momencie.
Płakałam. Nie dlatego, że chciałam znów pilnować jej dzieci. Bolało mnie, że dwa lata rozmów, kaw, zwierzeń i pomocy zniknęły po jednym „nie”. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle byłyśmy przyjaciółkami.
Po kilku tygodniach zauważyłam jednak coś dziwnego. W domu zrobiło się spokojniej. Kończyłam pracę o czasie. Poszłam z Michałem na obiecane lody. Z Piotrem obejrzeliśmy wieczorem film bez ciągłego zerkania na telefon.
Pewnego dnia spotkałam Karolinę przed sklepem. Spojrzała na mnie chłodno.
— Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona — rzuciła.
— Jest mi przykro, że tak się skończyło. Ale tak, wreszcie jestem spokojna.
Ręce mi drżały, kiedy odchodziłam, lecz nie zawróciłam.
Czasem nadal tęsknię za osobą, za którą ją uważałam. Czy jednak relacja, która kończy się w chwili postawienia pierwszej granicy, naprawdę była przyjaźnią?