Partnerka mojego syna stanęła w drzwiach z dzieckiem na rękach. Wtedy zrozumiałam, że Paweł porzucił nie tylko mnie

— Pani Teresa? Paweł zniknął. Nie mam dokąd pójść.

Magda stała w moich drzwiach przemoczona, z włosami przyklejonymi do policzków. Na jednej ręce trzymała małą dziewczynkę, a w drugiej reklamówkę z pieluchami. Dziecko miało czerwony nos i ściskało pluszowego królika bez jednego ucha.

Przez kilka sekund nie umiałam wydusić słowa.

— To… to jest Hania? — zapytałam.

Magda tylko skinęła głową. Moja wnuczka miała prawie dwa lata, a ja widziałam ją wcześniej raz, na zdjęciu przesłanym przez Pawła. Bez podpisu. Bez telefonu. Jakby rzucił mi okruszek i uznał, że powinien wystarczyć.

Z synem nie rozmawiałam normalnie od trzech lat. Pokłóciliśmy się po śmierci mojego męża, jego ojca. Paweł chciał sprzedać mieszkanie, bo miał długi. Ja odmówiłam. Powiedział wtedy, że pieniądze zawsze były dla mnie ważniejsze od niego.

Te słowa bolały, bo całe życie liczyłam każdą złotówkę właśnie dla niego.

Wpuściłam je do środka.

Magda usiadła w kuchni, ale nie zdjęła kurtki. Hania patrzyła na mnie wielkimi oczami. Postawiłam przed nimi herbatę i odgrzałam pomidorową z poprzedniego dnia.

— Kiedy widziałaś go ostatnio?

— Pięć dni temu. Powiedział, że jedzie za pracą do Poznania. Zabrał nasze oszczędności. Dwa tysiące osiemset złotych. Potem wyłączył telefon.

Magdzie zadrżała broda.

— Właściciel wypowiedział nam najem. Paweł nie płacił od dwóch miesięcy. Ja nawet nie wiedziałam.

Poczułam wstyd, choć przecież to nie ja ich oszukałam. A zaraz potem przyszła złość. Gorąca, znajoma. Chciałam powiedzieć, że ostrzegałam, że Paweł zawsze uciekał przed odpowiedzialnością. Tylko co by to dało?

Hania wyciągnęła do mnie rękę.

— Baba?

I coś we mnie pękło.

Oddałam im mały pokój. Następnego dnia kupiłam mleko, kaszki i używany wózek od sąsiadki. Moja emerytura nie była duża. Po opłaceniu czynszu i leków zostawało niewiele, więc zaczęłam zapisywać wszystkie wydatki w starym zeszycie. Zrezygnowałam z nowych okularów. Magda znalazła pracę na pół etatu w piekarni, ale pierwszą wypłatę miała dostać dopiero za miesiąc.

Nie było łatwo. Kłóciłyśmy się o drobiazgi.

— Nie musisz sprawdzać, ile nalałam płynu do prania — syknęła któregoś wieczoru.

— A ty nie musisz zostawiać światła w całym mieszkaniu. Rachunki same się nie zapłacą.

Zapadła cisza. Hania siedziała na dywanie i układała drewniane klocki.

— Myśli pani, że jestem taka jak on? — zapytała nagle Magda.

Zrobiło mi się głupio.

— Nie. Myślę, że obie zostałyśmy przez niego zostawione. Tylko każda w innym momencie.

Od tamtego dnia zaczęłyśmy mówić sobie po imieniu.

Paweł odezwał się dopiero po sześciu tygodniach. Zadzwonił o drugiej w nocy.

— Mamo, potrzebuję tysiąca złotych. Oddam ci.

Usiadłam na łóżku. Serce waliło mi jak szalone.

— A Hania? Magda? Wiesz, gdzie są?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Nie zaczynaj. Muszę poukładać swoje życie.

— Twoje dziecko śpi w pokoju obok.

— To dobrze. Wiedziałem, że je przyjmiesz.

Te słowa uderzyły najmocniej. On nie zgubił drogi. On świadomie przerzucił wszystko na mnie.

— Nie dostaniesz pieniędzy — powiedziałam. — Jeśli chcesz rozmawiać, przyjedź i spójrz córce w oczy.

Rozłączył się. Więcej nie zadzwonił.

Mijały miesiące. Hania zaczęła wołać mnie „babciu Tereniu”. Raz zachorowała i całą noc nosiłam ją po mieszkaniu, nucąc piosenkę, którą kiedyś śpiewałam Pawłowi. Nad ranem zasnęła z policzkiem na moim ramieniu. Wtedy zrozumiałam, że można jednocześnie kochać syna i nie wybaczać mu tego, kim się stał.

Nie wiem, czy Paweł wróci. Wiem tylko, że Hania nie będzie dorastać z poczuciem, że nikt na nią nie czeka.

Czy źle zrobiłam, zamykając przed synem portfel, a otwierając dom przed jego dzieckiem? Czasem matka musi wybrać — tylko dlaczego taki wybór zawsze tak bardzo boli?