Spłaciliśmy mieszkanie, żeby teściowa się wyprowadziła, a ona stwierdziła, że jednak nie chce – historia Sylwii

– Sylwia, nie przesadzaj, przecież tu jest mi dobrze – głos teściowej rozbrzmiał w kuchni, gdy właśnie wyciągałam zmywarkę. Zatrzymałam się w pół ruchu, talerz z brzękiem stuknął o blat.

– Jak to dobrze? Przecież sama mówiłaś, że się wyprowadzisz, jak tylko spłacimy mieszkanie! – mój głos zadrżał. Czułam, jak narasta we mnie złość, ale i bezsilność. Przez dziesięć lat żyłam z tą kobietą pod jednym dachem, znosząc jej wieczne uwagi, kontrolę i wtrącanie się w każdy aspekt naszego życia. Każdy dzień był walką o odrobinę prywatności, o chwilę ciszy, o to, by móc zjeść śniadanie bez komentarzy na temat mojej pracy, wyglądu czy sposobu wychowywania córki.

– Sylwia, nie podnoś głosu – wtrącił się mój mąż, Tomek, który właśnie wszedł do kuchni. – Mama ma prawo się zastanowić. To jej dom od trzydziestu lat.

– Nasz dom! – wybuchłam. – Spłacaliśmy ten kredyt razem, przez dziesięć lat! Miałaś się wyprowadzić, uzgodniliśmy to wszyscy. Nawet wybrałaś sobie kawalerkę na Pradze, pamiętasz? Byłaś zachwycona, mówiłaś, że wreszcie odpoczniesz od nas i będziesz miała święty spokój.

Teściowa wzruszyła ramionami, jakby to wszystko nie miało znaczenia. – Zmieniłam zdanie. Tu mam swoje rzeczy, swoje życie. Poza tym, kto mi pomoże, jak zachoruję? Ty, Sylwia, zawsze jesteś w domu. A tam? Sama będę?

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez tyle lat znosiłam jej obecność, jej krytykę, jej wieczne niezadowolenie. Każdy mój sukces był przez nią umniejszany, każda porażka – wyolbrzymiana. Nawet kiedy urodziła się nasza córka, Zosia, teściowa nie szczędziła mi rad i pouczeń. „Nie tak się przewija dziecko, nie tak się gotuje zupę, nie tak się rozmawia z mężem” – słyszałam codziennie. A teraz, kiedy wreszcie miałam poczuć się jak u siebie, ona po prostu powiedziała „nie”.

Przez kolejne dni w domu panowała napięta atmosfera. Tomek unikał rozmów, zamykał się w pracy, a ja czułam się coraz bardziej osamotniona. Zosia, choć miała dopiero siedem lat, wyczuwała napięcie i coraz częściej zamykała się w swoim pokoju. Wieczorami płakałam po cichu do poduszki, nie mogąc uwierzyć, że wszystko, na co pracowałam przez tyle lat, rozpadło się w jednej chwili.

Pewnego wieczoru, gdy siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty, dołączyła do mnie teściowa. Usiadła naprzeciwko, patrząc na mnie z wyrazem, który trudno było odczytać.

– Sylwia, wiem, że jesteś zła. Ale ja też mam swoje uczucia. Boisz się, że będę wam przeszkadzać, ale ja po prostu nie chcę być sama. Nie rozumiesz tego?

– Rozumiem, ale… – zaczęłam, ale przerwała mi.

– Nie, nie rozumiesz. Ty masz rodzinę, męża, dziecko. Ja mam tylko was. Jak mam zacząć wszystko od nowa?

Zamilkłam. Przez chwilę poczułam coś na kształt współczucia, ale zaraz wróciła złość. Przecież to nie tak miało być! Przez lata godziłam się na kompromisy, rezygnowałam z własnych marzeń, byle tylko utrzymać dom w spokoju. Teraz miałam dostać coś w zamian – odrobinę wolności, własną przestrzeń. Czy to naprawdę tak wiele?

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Tomkiem. Czekałam, aż Zosia pójdzie spać, a teściowa zamknie się w swoim pokoju. Usiadłam obok niego na kanapie.

– Tomek, musimy coś zrobić. Nie dam rady tak dłużej. Obiecałeś mi, że jak spłacimy mieszkanie, będziemy sami. To była nasza umowa. Nie możesz się teraz wycofać.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem. – Sylwia, ja rozumiem, ale to moja mama. Nie mogę jej wyrzucić na bruk. Poza tym, ona naprawdę nie ma nikogo.

– A ja? Ja się nie liczę? Nasza córka? My też mamy prawo do normalnego życia! – głos mi się załamał. – Tomek, ja już nie mam siły. Jeśli nic się nie zmieni, nie wiem, czy dam radę tu zostać.

Przez chwilę milczał, potem spuścił głowę. – Daj mi czas, porozmawiam z mamą jeszcze raz.

Czekałam na tę rozmowę z niepokojem. Przez kolejne dni Tomek unikał tematu, a ja czułam, jak narasta we mnie frustracja. W pracy nie mogłam się skupić, w domu byłam cieniem samej siebie. Zosia zaczęła mieć problemy w szkole, nauczycielka zadzwoniła do mnie, pytając, czy coś się dzieje w domu. Skłamałam, że wszystko jest w porządku.

W końcu Tomek zebrał się na odwagę. Usiedliśmy wszyscy przy stole – ja, on i teściowa. Zosia była u koleżanki.

– Mamo, musimy porozmawiać – zaczął Tomek. – Obiecałaś, że się wyprowadzisz. Sylwia ma rację, to była nasza wspólna decyzja. Proszę cię, nie rób nam tego.

Teściowa spojrzała na niego z wyrzutem. – Tomek, jestem twoją matką. Jak możesz mnie tak traktować? Poświęciłam dla ciebie całe życie, a teraz chcesz mnie wyrzucić?

– Mamo, nikt cię nie wyrzuca. Chcemy tylko żyć jak rodzina, mieć trochę prywatności. Masz swoje mieszkanie, możesz tam być szczęśliwa.

– Nie będę szczęśliwa sama! – krzyknęła teściowa. – Nie rozumiesz tego? Lepiej, żebym umarła, niż miała być sama!

Wybuchła płaczem, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałam ochotę ją przytulić, pocieszyć, ale zaraz przypomniałam sobie wszystkie lata upokorzeń, wszystkie chwile, gdy czułam się w tym domu jak intruz.

Po tej rozmowie nic się nie zmieniło. Teściowa zamknęła się w swoim pokoju, Tomek jeszcze bardziej się wycofał, a ja zaczęłam rozważać wyprowadzkę. Zaczęłam szukać mieszkań do wynajęcia, rozmawiałam z koleżankami, szukałam wsparcia. Jedna z nich, Anka, zaproponowała, żebym na jakiś czas zamieszkała u niej. Zosia była zachwycona perspektywą nowego pokoju, ja – przerażona, ale i zdeterminowana.

Pewnego wieczoru spakowałam kilka rzeczy, zabrałam Zosię i po prostu wyszłam. Tomek nie próbował mnie zatrzymać. Teściowa nawet nie wyszła z pokoju.

Przez pierwsze dni czułam ulgę, ale i ogromny smutek. Zosia szybko się zaaklimatyzowała, ja – nie mogłam spać, ciągle myślałam o tym, co się stało. Czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była walczyć bardziej? A może to ja jestem egoistką?

Po tygodniu Tomek zadzwonił. – Sylwia, wróć. Mama się zgodziła. Wyprowadzi się za miesiąc. Proszę, wróć do domu.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony – wreszcie miałam dostać to, o czym marzyłam przez lata. Z drugiej – czułam się zdradzona, oszukana, zmęczona walką. Czy naprawdę chcę wracać do tego domu, do tych ludzi, do tej atmosfery?

Dziś siedzę w kawiarni, patrzę na ludzi za oknem i zastanawiam się, co dalej. Czy warto było poświęcić tyle lat dla rodziny, która nie potrafiła mnie zrozumieć? Czy powinnam wrócić, czy zacząć wszystko od nowa?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy rodzina zawsze powinna być na pierwszym miejscu, nawet kosztem własnego szczęścia?