Goniąc marzenia poza gospodarstwem: Dlaczego wyjechałam do miasta i odnalazłam szczęście
– Znowu uciekasz do tych swoich książek, Anka? – głos mamy przebił się przez ciszę kuchni, gdzie siedziałam skulona przy stole, z nosem w powieści Olgi Tokarczuk. – Krowy same się nie wydoją, a Zosia już na podwórku.
Zamknęłam książkę z westchnieniem, czując, jak w środku narasta we mnie bunt. Zosia, moja starsza siostra, zawsze była tą odpowiedzialną. To ona przejęła po tacie obowiązki na gospodarstwie, to ona nigdy nie narzekała, gdy trzeba było wstać o piątej rano. Ja… ja zawsze czułam, że to nie moje miejsce.
– Już idę, mamo – odpowiedziałam cicho, choć w głowie miałam zupełnie inne myśli. Każdy dzień na wsi był taki sam: śniadanie, praca w oborze, szkoła, powrót do domu, kolejne obowiązki. Wieczorami, gdy mama i Zosia zasypiały, siadałam przy oknie i patrzyłam na dalekie światła miasta, które migotały gdzieś na horyzoncie. Warszawa – tam wszystko wydawało się możliwe.
Pewnego wieczoru, gdy wróciłam zmęczona z pola, usłyszałam rozmowę mamy z Zosią.
– Anka znowu się wymiguje – narzekała Zosia. – Nie rozumie, że tu jest jej miejsce?
– Daj jej czas – westchnęła mama. – Może jeszcze się odnajdzie.
Wtedy podjęłam decyzję. Muszę spróbować. Muszę wyjechać, zanim całkiem się tu uduszę.
Następnego dnia, kiedy wszyscy byli zajęci, wyjęłam z szuflady stare świadectwa, spakowałam kilka ubrań i książek do plecaka. Wieczorem, przy kolacji, zebrałam się na odwagę.
– Mamo, Zosiu… Chcę wyjechać do Warszawy. Dostałam się na studia.
Zapadła cisza. Mama spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a Zosia aż odłożyła widelec.
– I kto nam tu pomoże? – Zosia podniosła głos. – Myślisz tylko o sobie!
– Zosiu, to nie tak… – zaczęłam, ale mama przerwała mi łamiącym się głosem.
– Aniu, ja rozumiem, że masz marzenia. Ale tu jest twój dom. Tu jesteśmy rodziną.
Łzy napłynęły mi do oczu. – Kocham was, ale muszę spróbować. Jeśli nie teraz, to nigdy.
Nocą nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak Zosia płacze w swoim pokoju. Mama długo siedziała w kuchni, wpatrzona w zdjęcie taty. Czułam się winna, ale wiedziałam, że jeśli zostanę, nigdy nie będę szczęśliwa.
Wyjazd był bolesny. Mama odprowadziła mnie na przystanek PKS, ściskając w dłoni krzyżyk, który dostała od babci. – Pamiętaj, Aniu, skąd jesteś. I wracaj, kiedy tylko będziesz mogła.
Warszawa przywitała mnie hałasem, tłumem i zapachem spalin. Przez pierwsze tygodnie czułam się jak obca. Wynajęłam pokój na Pradze, gdzie ściany były cienkie jak papier, a sąsiadka zza ściany codziennie słuchała disco polo. Na uczelni wszyscy wydawali się pewni siebie, ubrani modnie, z telefonami najnowszej generacji. Ja miałam stary telefon po Zosi i kurtkę, którą mama szyła jeszcze w liceum.
Często płakałam wieczorami. Tęskniłam za ciszą pól, za zapachem świeżo skoszonej trawy, za głosem mamy. Ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.
Z czasem zaczęłam poznawać ludzi. Na zajęciach zaprzyjaźniłam się z Magdą, dziewczyną z Białegostoku, która też uciekła z małego miasta. – Wiesz, Anka, tu każdy coś udaje. Najważniejsze, żeby być sobą – powiedziała mi pewnego dnia, gdy siedziałyśmy na ławce w parku Skaryszewskim.
Dzięki Magdzie znalazłam pierwszą pracę – sprzątałyśmy biura w centrum, żeby dorobić do stypendium. Było ciężko, ale czułam się wolna. Każda zarobiona złotówka smakowała jak zwycięstwo.
Po roku odwiedziłam dom. Mama przywitała mnie łzami, Zosia była chłodna, ale widziałam, że tęskniła. – I co, lepiej ci tam? – zapytała z przekąsem.
– Jest inaczej. Trudniej, ale czuję, że żyję – odpowiedziałam szczerze.
Z czasem relacje z siostrą zaczęły się poprawiać. Pisałyśmy do siebie, dzieliłyśmy się codziennością. Mama dzwoniła co niedzielę, pytając, czy jem ciepłe obiady i czy mam ciepłe buty na zimę.
Na drugim roku studiów dostałam staż w wydawnictwie. To było spełnienie marzeń – mogłam czytać, pisać, poznawać ludzi z pasją. Pewnego dnia zadzwoniła Zosia.
– Anka, mama jest w szpitalu. Przyjedź, proszę.
Wróciłam na wieś, serce waliło mi jak młot. Mama miała zapalenie płuc, była słaba, ale uśmiechała się do mnie.
– Widzisz, Aniu, zawsze wiedziałam, że sobie poradzisz. Ale pamiętaj, rodzina to nie tylko miejsce. To ludzie, którzy na ciebie czekają.
Te słowa zostały ze mną na zawsze. Po powrocie do Warszawy wiedziałam już, że mogę być szczęśliwa, nie tracąc kontaktu z domem. Zosia przyjechała do mnie na kilka dni, zobaczyła moje życie, poznała Magdę. – Może i ty kiedyś spróbujesz? – zapytałam ją żartem.
– Może… Ale na razie ktoś musi pilnować krów – odpowiedziała z uśmiechem.
Dziś wiem, że nie muszę wybierać między marzeniami a rodziną. Mogę być sobą, gdziekolwiek jestem. Czasem pytam siebie: czy gdybym została, byłabym szczęśliwa? A może szczęście to odwaga, by pójść własną drogą, nie zapominając, skąd się przyszło? Co wy o tym myślicie?