„Jeśli będziesz rodzić w nocy, nie dzwoń!” – Historia przymusowego małżeństwa polskiej dziewczyny

– Jeśli będziesz rodzić w nocy, nie dzwoń! – usłyszałam głos ojca, gdy pakowałam ostatnią walizkę. Stał w progu kuchni, zaciśnięte pięści, wzrok wbity w podłogę. Mama płakała cicho przy oknie, a ja czułam, jak moje serce pęka na tysiąc kawałków. Miałam osiemnaście lat i właśnie miałam wyjść za mąż za człowieka, którego widziałam raz w życiu. Wszystko po to, by uratować rodzinę przed komornikiem.

W naszym domu na wsi pod Siedlcami od miesięcy panowała cisza przerywana tylko kłótniami o pieniądze. Ojciec stracił pracę w tartaku, mama szyła na zamówienie, ale to nie wystarczało nawet na rachunki. Kiedy pojawił się pan Zbigniew, sąsiad z sąsiedniej wsi, z propozycją, że jego syn, Marek, szuka żony, ojciec nie wahał się ani chwili. – To szansa, żebyśmy wyszli na prostą – mówił, nie patrząc mi w oczy.

Marek był starszy ode mnie o dziesięć lat, milczący, z twarzą, na której rzadko gościł uśmiech. Widziałam go tylko raz, gdy przyjechał z ojcem do naszego domu. Siedział wtedy przy stole, bawiąc się kluczami od samochodu, i nie powiedział ani słowa. – Dobry chłopak, pracowity, nie pije – przekonywała mama, choć sama nie wierzyła w to, co mówi.

Ślub odbył się w małym kościele, bez wesela, tylko najbliższa rodzina. W białej sukni czułam się jak aktorka w kiepskim przedstawieniu. Ksiądz mówił o miłości i wierności, a ja czułam, jak łzy spływają mi po policzkach. Nikt nie zapytał mnie, czy tego chcę. Po ceremonii ojciec uścisnął mi dłoń, jakby podpisywał umowę, a mama przytuliła mnie na chwilę, szepcząc: – Przepraszam, córeczko.

Nowe życie zaczęło się w domu Marka, na końcu wsi. Jego matka, pani Helena, traktowała mnie jak służącą. – Obiad na stole ma być o trzynastej, a pranie zrobione do wieczora – powtarzała codziennie. Marek wychodził do pracy o świcie, wracał późnym wieczorem, nie rozmawiał ze mną prawie wcale. Czułam się jak duch, którego nikt nie widzi.

Najgorsze były noce. Leżałam w zimnym łóżku, wsłuchując się w ciszę domu, i myślałam o tym, co by było, gdybym wtedy powiedziała „nie”. Ale nie miałam dokąd pójść. Rodzina potrzebowała pieniędzy, a ja byłam tylko narzędziem do ich zdobycia. Czasem pisałam listy do przyjaciółki, Kasi, ale nigdy nie miałam odwagi ich wysłać. Bałam się, że ktoś je znajdzie i przeczyta.

Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Marek przyjął tę wiadomość obojętnie, jego matka tylko wzruszyła ramionami. – Dziecko to obowiązek, nie powód do radości – powiedziała. Czułam się coraz bardziej samotna, zamknięta w świecie, z którego nie było wyjścia. Gdy zaczęły się bóle, była noc. Próbowałam obudzić Marka, ale odwrócił się do ściany. Przypomniałam sobie słowa ojca: „Jeśli będziesz rodzić w nocy, nie dzwoń!”

Sama pojechałam do szpitala. Położna patrzyła na mnie ze współczuciem, gdy mówiłam, że nie mam nikogo, kto mógłby być przy mnie. Urodziłam syna, Michała, w ciszy, bez gratulacji, bez kwiatów. Gdy wróciłam do domu, pani Helena tylko rzuciła: – Teraz masz co robić. Marek nie spojrzał nawet na dziecko.

Mijały miesiące. Michał rósł, a ja coraz bardziej czułam, że muszę coś zmienić. Zaczęłam pisać pamiętnik, w którym opisywałam każdy dzień, każdą łzę, każdy uśmiech syna. To dawało mi siłę. Pewnego dnia, gdy Marek wrócił pijany i zaczął krzyczeć, że wszystko jest moją winą, postanowiłam, że nie pozwolę, by Michał dorastał w takim domu.

Spakowałam kilka rzeczy, wzięłam syna na ręce i wyszłam. Nie wiedziałam, dokąd pójdę. Przez całą noc szłam przez wieś, aż dotarłam do domu rodziców. Mama otworzyła drzwi, zapłakana, ojciec stał w kącie, milczący. – Wróciłam, bo nie chcę, żeby Michał miał takie życie jak ja – powiedziałam. Ojciec nie odezwał się ani słowem, ale widziałam w jego oczach żal i wstyd.

Zaczęłam pracować w sklepie spożywczym, mama pomagała mi z dzieckiem. Było ciężko, ale po raz pierwszy od dawna czułam, że żyję dla siebie, nie dla innych. Michał był moją siłą. Czasem spotykałam Marka na rynku, ale odwracał wzrok. Ludzie szeptali za moimi plecami, ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze było, że jestem wolna.

Dziś, gdy patrzę na syna, wiem, że podjęłam właściwą decyzję. Często wracam myślami do tamtej nocy i słów ojca. Czy naprawdę rodzina powinna poświęcać szczęście jednego dziecka dla dobra wszystkich? Czy kiedykolwiek wybaczę ojcu, że oddał mnie jak przedmiot? Może kiedyś znajdę w sobie siłę, by odpowiedzieć na te pytania…