Dlaczego moja córka nie chce się mną opiekować? Historia rozdarcia pewnej polskiej rodziny

– Nie rozumiesz, tato! – krzyknęła Marta, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałem w korytarzu, z kubkiem zimnej już herbaty w ręku, czując jakby ktoś wyrwał mi serce. W kuchni cicho szumiała lodówka, a zza ściany dobiegał kaszel mojej żony, Ewy.

Od miesięcy żyliśmy w stanie oblężenia. Ewa zachorowała nagle – rak płuc, stadium zaawansowane. Lekarze nie dawali złudzeń. Każdy dzień był walką o oddech, o chwilę bez bólu. Ja – Andrzej, zwykły facet z małego miasta pod Warszawą – próbowałem być wszystkim naraz: opiekunem, pielęgniarzem, mężem i ojcem. Ale najbardziej bolało mnie to, że Marta… moja jedyna córka… nie chciała nawet spojrzeć na matkę.

– Marta, proszę cię… – podszedłem do jej drzwi. – Mama cię potrzebuje. Ja też.

– Zawsze tylko mama i mama! – usłyszałem przez drzwi. – A kto mnie kiedyś potrzebował? Kiedy ja byłam chora, to nawet nie zauważyliście!

Zamarłem. Przypomniałem sobie tamten dzień sprzed lat, kiedy Marta miała zapalenie płuc. Byłem wtedy w delegacji, Ewa pracowała na dwie zmiany. Marta została z babcią. Może wtedy coś w niej pękło? Może wtedy zaczęła czuć się niewidzialna?

Wróciłem do kuchni. Ewa leżała na kanapie, blada jak ściana. Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.

– Ona mnie nienawidzi, Andrzej…

– Nie mów tak – usiadłem obok niej i ująłem jej dłoń. – Jest pogubiona. To minie.

Ale czy naprawdę w to wierzyłem? Każdego dnia widziałem, jak Marta coraz bardziej zamyka się w sobie. Zamiast pomóc przy matce, wychodziła z domu albo zamykała się w swoim pokoju z muzyką na uszach.

Pewnego wieczoru, kiedy Ewa zasnęła po kolejnej dawce morfiny, usiadłem przy stole i napisałem do Marty wiadomość: „Musimy porozmawiać. Proszę.”

Przyszła niechętnie. Usiadła naprzeciwko mnie, skrzyżowała ramiona.

– O co chodzi?

– Marto… ja już nie daję rady sam. Mama…

– Wiem! – przerwała mi ostro. – Ale ja nie chcę jej widzieć! Nie potrafię!

– Dlaczego? Co się stało?

Spojrzała na mnie z bólem i złością.

– Bo ona nigdy mnie nie kochała! Zawsze byłam dla niej problemem! Pamiętasz, jak miałam 12 lat i chciałam jechać na obóz? Powiedziała mi wtedy: „Nie stać nas na twoje fanaberie!” A potem kupiła sobie nowy płaszcz!

Zaniemówiłem. Nie pamiętałem tego… Ale Marta pamiętała wszystko.

– A potem… kiedy miałam depresję w liceum… nawet nie zauważyliście! Byłam sama! Zawsze sama!

Siedziałem w milczeniu, czując się jak najgorszy ojciec świata. Próbowałem coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

– Teraz mam być dla niej dobra? Teraz mam udawać, że wszystko jest okej? – łzy spływały jej po policzkach.

– Marto… ludzie popełniają błędy. My… popełniliśmy ich wiele. Ale ona cię kocha…

– Nie wierzę ci.

Wstała i wyszła z domu. Siedziałem długo przy stole, słuchając tykania zegara i cichego szlochu Ewy zza ściany.

Następnego dnia Ewa poprosiła mnie o rozmowę.

– Andrzej… ja wiem, że ona cierpi przez nas. Przez moje ambicje… przez to, że zawsze chciałam więcej niż mogłam mieć. Może nigdy nie powinnam była być matką?

– Nie mów tak!

– Ale to prawda…

Przytuliłem ją mocno. Wiedziałem, że żałuje wielu rzeczy – tego chłodu, tej wiecznej krytyki wobec Marty. Ale czy można cofnąć czas?

Wieczorem zadzwonił telefon. To była moja siostra, Zofia.

– Andrzej… słyszałam o Ewie. Może Marta potrzebuje psychologa? Może powinnaś ją namówić?

Westchnąłem ciężko.

– Próbowałem… Ona nie chce słyszeć o żadnej pomocy.

– A ty? Kto tobie pomaga?

Zamilkłem. Nikt.

Dni mijały jeden za drugim. Ewa gasła w oczach. Marta coraz rzadziej bywała w domu. Pewnego dnia wróciła późno w nocy i usłyszałem jej cichy płacz w łazience. Chciałem podejść, przytulić ją jak dawniej… ale nie miałem odwagi.

W końcu nadszedł ten dzień – Ewa trafiła do hospicjum domowego. Lekarka powiedziała mi wprost: „To kwestia tygodni.”

Usiadłem z Martą przy stole.

– Marto… mama umiera.

Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Bo jeśli chcesz się z nią pożegnać… to ostatnia szansa.

Zobaczyłem w jej oczach strach i ból.

– Nie wiem czy potrafię…

– Spróbuj… dla siebie.

Tego wieczoru weszła do pokoju Ewy po raz pierwszy od miesięcy. Stała długo przy łóżku matki, milcząc. W końcu wyszeptała:

– Mamo… przepraszam.

Ewa otworzyła oczy i uśmiechnęła się słabo.

– To ja przepraszam, córeczko…

Obie płakały długo w swoich ramionach. Patrzyłem na nie przez uchylone drzwi i czułem ulgę pomieszaną z żalem – dlaczego dopiero teraz?

Kilka dni później Ewa odeszła spokojnie we śnie.

Marta długo nie mogła się pozbierać. Ja też nie. Często wracam myślami do tych wszystkich niewypowiedzianych słów, do chwil gdy mogliśmy być lepsi dla siebie nawzajem.

Dziś siedzę sam przy kuchennym stole i pytam siebie: czy można naprawić to, co zostało złamane przez lata milczenia? Czy wybaczenie zawsze przychodzi za późno?

A Wy? Czy potrafilibyście wyciągnąć rękę do kogoś bliskiego zanim będzie za późno?