Cicha Wigilia, Głośne Serce: Historia Ocalenia Małego Michała
— On nie oddycha! — krzyknęła położna, a ja poczułam, jak świat wokół mnie się zatrzymuje. Przez chwilę nie słyszałam już nic poza własnym biciem serca i szumem w uszach. Leżałam na szpitalnym łóżku w warszawskim szpitalu, otoczona przez biel ścian i zimne światło jarzeniówek. Była Wigilia, a ja właśnie urodziłam mojego synka, Michała. Tylko że on nie płakał. Nie ruszał się. Nie miał tętna.
Mój mąż, Tomek, stał obok, blady jak ściana. Jego dłonie drżały, gdy próbował złapać moją. — Będzie dobrze, Aniu — wyszeptał, ale w jego oczach widziałam strach większy niż kiedykolwiek wcześniej.
Lekarze zaczęli działać błyskawicznie. Ktoś wbiegł z aparatem do resuscytacji, ktoś inny podawał polecenia. Słyszałam tylko urywane słowa: „adrenalina”, „masaż serca”, „nie poddawać się”. Czułam się jak widz własnego koszmaru, bezsilna i sparaliżowana.
W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego właśnie teraz, kiedy wszystko miało być dobrze? Przecież przygotowywaliśmy się na tę Wigilię od miesięcy. Miałam już nawet prezent dla Michała — małego misia z haftowanym imieniem.
Czas płynął inaczej. Minuty wydawały się godzinami. W końcu usłyszałam cichy płacz. Najpiękniejszy dźwięk mojego życia. Michał zaczął oddychać. Lekarze spojrzeli na siebie z niedowierzaniem, a położna otarła łzy z policzków.
— Udało się — powiedziała cicho, podając mi synka. Był taki malutki, taki kruchy. Jego skóra miała jeszcze siny odcień, ale żył. Żył!
Tomek objął mnie mocno i oboje płakaliśmy — ze szczęścia, ulgi i wyczerpania.
Ale to nie był koniec naszej walki. Michał musiał zostać na oddziale intensywnej terapii noworodków. Każdego dnia jeździliśmy do szpitala, modląc się o kolejny cud. Lekarze nie dawali gwarancji — „mogą być powikłania neurologiczne”, „trzeba obserwować”, „nie wiemy, jak długo był bez tlenu”.
W domu panowała cisza. Choinka stała nieruszona, prezenty leżały pod nią nietknięte. Moja mama próbowała nas pocieszać, gotowała barszcz i lepiła pierogi, ale nikt nie miał apetytu. Nawet mój brat Paweł, który zawsze żartował i rozładowywał napięcie, tym razem milczał.
Pewnego wieczoru usiedliśmy wszyscy przy stole. Tomek wpatrywał się w pusty talerz Michała.
— Może to znak? — powiedział nagle mój ojciec. — Może Bóg chce nam coś powiedzieć?
Zerwałam się z miejsca.
— Tato! Jak możesz tak mówić? To nie jest żadna kara ani znak! To po prostu… pech! — krzyknęłam przez łzy.
Mama próbowała mnie uspokoić, ale czułam narastającą złość i bezsilność. Zawsze byłam tą silną, tą rozsądną córką, a teraz wszystko wymykało mi się spod kontroli.
Tomek próbował mediować:
— Wszyscy jesteśmy zmęczeni… Każdy przeżywa to inaczej…
Ale ja nie chciałam słuchać. Wyszłam na balkon i patrzyłam na zimowe niebo nad Warszawą. Śnieg padał cicho, tłumiąc dźwięki miasta. Zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś poczuję radość z tych świąt.
Każdy dzień był walką o nadzieję. Każdy telefon ze szpitala sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła. Pewnego ranka zadzwoniła lekarka:
— Pani Anno, Michał oddycha już samodzielnie. Możecie go zabrać do domu na święta.
Nie wierzyłam własnym uszom. Wybiegliśmy z Tomkiem do samochodu, a droga do szpitala wydawała się najdłuższą podróżą w naszym życiu.
Kiedy po raz pierwszy trzymałam Michała w ramionach w naszym salonie, poczułam coś na kształt spokoju. Byliśmy razem. Całą rodziną.
Wigilia była inna niż wszystkie poprzednie. Nie było głośnych śmiechów ani długich rozmów przy stole. Były łzy wzruszenia i ciche modlitwy wdzięczności. Paweł przyniósł gitarę i zagrał „Cichą noc”. Mama tuliła Michała do piersi i szeptała mu do ucha kolędy.
Ojciec przeprosił mnie za swoje słowa sprzed kilku dni.
— Bałem się — powiedział cicho. — Nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić.
Przytuliłam go mocno i po raz pierwszy od dawna poczułam prawdziwą bliskość z rodziną.
Dziś patrzę na Michała śpiącego w swoim łóżeczku i zastanawiam się nad kruchością życia. Jak to możliwe, że w jednej chwili można stracić wszystko? Czy doceniamy to, co mamy? Czy potrafimy wybaczać sobie nawzajem słabości?
Może właśnie o to chodzi w świętach — żeby nauczyć się kochać mimo wszystko i wierzyć w cuda nawet wtedy, gdy wydają się niemożliwe.