Deszczowa propozycja: Jak moja teściowa chciała odebrać mi dom

– Więc co ty na to, Marto? – głos teściowej rozbrzmiał w kuchni, zagłuszając nawet szum deszczu za oknem. Siedziała naprzeciwko mnie, z filiżanką herbaty w dłoni, a jej spojrzenie było przenikliwe i niepokojąco spokojne. – Wymienimy się mieszkaniami. Ty dostaniesz moje większe, a ja twoje. Ale jest jeden warunek: przepiszesz swoje mieszkanie na mnie.

Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że źle usłyszałam. Spojrzałam na męża, Pawła, który nagle zaczął nerwowo bawić się łyżeczką. W powietrzu zawisło napięcie, jakby zaraz miała uderzyć burza.

– Mamo, czy ty żartujesz? – zapytałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu.

– Ależ skąd! – odparła z uśmiechem. – To dla waszego dobra. Przecież macie już dziecko, potrzebujecie więcej przestrzeni. Ja i tak nie potrzebuję tylu pokoi. A poza tym… – zawiesiła głos i spojrzała na Pawła – …to tylko formalność.

Wiedziałam, że to nie jest tylko formalność. Moje mieszkanie dostałam po babci. Było niewielkie, ale własne. Przez lata remontowałam je sama, kawałek po kawałku. Każda ściana miała swoją historię, każdy kąt był świadkiem moich łez i radości. Mieszkanie teściowej było większe, to prawda, ale należało do spółdzielni i wymagało generalnego remontu.

– Mamo, to chyba nie jest dobry pomysł – wtrącił Paweł, ale jego głos był słaby i niepewny.

– Pawełku, nie przesadzaj – przerwała mu ostro teściowa. – Chcę tylko pomóc twojej rodzinie. Marta powinna być wdzięczna.

Poczułam, jak narasta we mnie złość. Wdzięczna? Za co? Za próbę odebrania mi jedynego miejsca na ziemi?

Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mleko. Paweł unikał rozmów, a ja czułam się coraz bardziej osaczona. Teściowa dzwoniła codziennie, przypominając o swojej „propozycji” i sugerując, że tylko niewdzięczna synowa mogłaby odmówić takiej szansy.

Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że stoję przed zamkniętymi drzwiami własnego mieszkania, a klucz nie pasuje do zamka. Budziłam się zlana potem i z poczuciem winy – czy naprawdę jestem taka samolubna?

Pewnego wieczoru usiadłam z Pawłem przy stole.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam stanowczo.

– Wiem – westchnął ciężko. – Mama nie odpuści.

– Ale to jest moje mieszkanie! Nie mogę go oddać tylko dlatego, że ona tak chce!

Paweł spuścił wzrok.

– Wiesz, jak ona potrafi być uparta… Jeśli odmówimy, będzie robić awantury. Może nawet przestanie się do nas odzywać.

– To jej wybór – odpowiedziałam twardo. – Nie pozwolę się szantażować.

Następnego dnia teściowa przyszła bez zapowiedzi. Weszła do mieszkania jak do siebie i zaczęła oglądać pokoje, jakby już były jej własnością.

– Tu postawię swoją komodę – powiedziała z uśmiechem. – A tu będzie mój fotel.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Proszę wyjść – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Słucham?

– Proszę wyjść z mojego mieszkania. Nie zgadzam się na tę wymianę i nie będziemy już o tym rozmawiać.

Przez chwilę patrzyłyśmy sobie w oczy. Widziałam w jej spojrzeniu gniew i pogardę.

– Zobaczymy jeszcze – rzuciła przez zaciśnięte zęby i wyszła trzaskając drzwiami.

Od tego dnia zaczęło się piekło. Teściowa rozpowiadała po rodzinie, że jestem niewdzięczna i materialistyczna. Na rodzinnych spotkaniach nikt ze mną nie rozmawiał. Paweł był rozdarty między mną a matką. Nasze małżeństwo zaczęło się sypać.

Któregoś wieczoru Paweł wrócił późno do domu. Był pijany i wściekły.

– Przez ciebie cała rodzina mnie nienawidzi! – krzyczał. – Gdybyś była bardziej elastyczna, wszystko byłoby dobrze!

Poczułam się samotna jak nigdy dotąd. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę warto walczyć o to mieszkanie kosztem wszystkiego innego.

Ale potem przypomniałam sobie babcię. Jej ciepły uśmiech i słowa: „To jest twoje miejsce na ziemi, Martusiu. Nigdy nie pozwól nikomu go odebrać”.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do przyjaciółki. Potrzebowałam dystansu.

Przez kilka dni nie odbierałam telefonów od Pawła ani teściowej. Zaczęłam myśleć o swoim życiu inaczej – czy naprawdę chcę być częścią rodziny, która widzi we mnie tylko przeszkodę do osiągnięcia własnych celów?

Po tygodniu wróciłam do mieszkania. Paweł siedział na kanapie ze spuszczoną głową.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie powinienem był tak krzyczeć. Ale nie wiem już, co robić…

Usiadłam obok niego.

– Musimy ustalić granice. Jeśli twoja mama tego nie zaakceptuje, będziemy musieli żyć bez jej akceptacji.

Paweł skinął głową, ale widziałam w jego oczach strach przed samotnością i odrzuceniem przez rodzinę.

Minęły miesiące. Teściowa przestała nas odwiedzać i dzwonić. Rodzina podzieliła się na dwa obozy: tych, którzy mnie potępiali i tych, którzy w końcu zaczęli rozumieć moją decyzję.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba mieć odwagę postawić granicę nawet najbliższym ludziom. Bo jeśli sami nie zadbamy o siebie, nikt tego za nas nie zrobi.

Czy warto było ryzykować wszystko dla kilku metrów kwadratowych? A może chodziło o coś więcej niż tylko mieszkanie? Może chodziło o prawo do własnego życia i szacunek do samej siebie?