Dlaczego zabraniam mojej córce brać rozwód – opowieść Haliny
– Mamo, ja już dłużej nie wytrzymam. – Głos Magdy drżał, a jej oczy były czerwone od płaczu. Stała w progu kuchni, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą.
Patrzyłam na nią i czułam, jak narasta we mnie gniew. Nie na nią, tylko na tę całą sytuację. Na to, że nie potrafi docenić tego, co ma. Na to, że chce wszystko zniszczyć jednym podpisem.
– Magda, przestań mówić głupoty – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. – Masz dom, masz męża, który cię utrzymuje, masz zdrowe dzieci. Czego ci jeszcze brakuje?
Oparła się o framugę i spuściła głowę. – Szczęścia, mamo. Chcę być szczęśliwa.
Szczęście. Jakby to było takie proste. Jakby życie polegało tylko na tym, żeby być szczęśliwym. Przez chwilę miałam ochotę nią potrząsnąć. Przypomnieć jej, jak wyglądało moje życie z jej ojcem. Jak przez lata znosiłam jego humory, jego wyjazdy za granicę, jego wieczne pretensje o pieniądze.
Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego usiadłam ciężko przy stole i zaczęłam mówić cicho:
– Wiesz, że twój ojciec zabierał z domu wszystko, co tylko się dało sprzedać? Nawet twoją lalkę kiedyś wyniósł na bazar. A ja nigdy nie pomyślałam o rozwodzie. Bo wiedziałam, że rodzina to coś więcej niż tylko wygoda.
Magda westchnęła i usiadła naprzeciwko mnie. – Ale ja nie chcę żyć tak jak ty. Nie chcę udawać przed dziećmi, że wszystko jest w porządku.
Zrobiło mi się gorąco. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz wybuchnę. Ale powstrzymałam się.
– Twój mąż nie jest twoim ojcem – powiedziałam spokojniej. – Michał cię nie bije, nie pije, nie zdradza. Pracuje ciężko, żebyście mieli wszystko. A ty chcesz to wszystko przekreślić?
Magda spojrzała na mnie z wyrzutem. – On mnie nie kocha, mamo. On mnie traktuje jak mebel w domu. Wszystko musi być po jego myśli. Nawet dzieci boją się odezwać przy stole.
Poczułam ukłucie niepokoju. Czy naprawdę było aż tak źle? Michał zawsze wydawał mi się chłodny, ale przecież taki już był od dziecka – pamiętam go jeszcze z podstawówki, kiedy przychodził do Magdy po zeszyty.
– Może przesadzasz? – zapytałam cicho.
Magda pokręciła głową. – Nie rozumiesz mnie, mamo. Ty nigdy mnie nie rozumiałaś.
Te słowa zabolały bardziej niż cokolwiek innego. Przypomniały mi się wszystkie te lata, kiedy próbowałam jej tłumaczyć świat po swojemu. Kiedy mówiłam jej, żeby nie szukała księcia z bajki, tylko kogoś stabilnego, kto zapewni jej bezpieczeństwo.
A ona zawsze marzyła o czymś więcej. O miłości, o przygodzie, o wielkich uczuciach.
– Chciałaś wyjść za biznesmena – powiedziałam z goryczą. – Sama mówiłaś od dziecka, że chcesz mieć bogatego męża.
Magda spojrzała na mnie z bólem w oczach. – Bo bałam się biedy tak jak ty.
Zamilkłyśmy obie na dłuższą chwilę. W kuchni słychać było tylko tykanie zegara i szum samochodów za oknem.
Wtedy przypomniałam sobie dzień jej ślubu. Jak stała w białej sukni i uśmiechała się do wszystkich gości, a ja płakałam ze wzruszenia i strachu jednocześnie. Bałam się wtedy, że powtarza mój błąd – wybiera bezpieczeństwo zamiast miłości.
Ale przecież sama ją tego nauczyłam.
– Magda… – zaczęłam cicho. – Ja tylko chcę dla ciebie dobrze.
– Wiem, mamo – odpowiedziała łagodniej. – Ale czasem twoje „dobrze” to dla mnie koszmar.
Nie wiedziałam już, co powiedzieć. Czułam się bezradna jak nigdy dotąd.
Wieczorem zadzwonił Michał. Chciał wiedzieć, czy Magda wróci na noc do domu. Słyszałam w jego głosie chłód i irytację.
– Powiedz jej, że dzieci tęsknią – rzucił krótko i się rozłączył.
Patrzyłam na Magdę siedzącą na kanapie w salonie i zastanawiałam się, czy naprawdę powinnam ją namawiać do powrotu.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Magda coraz częściej płakała po nocach, a ja udawałam, że tego nie słyszę. Rano parzyłam jej kawę i próbowałam rozmawiać o wszystkim innym niż Michał i dzieci.
Ale temat wracał jak bumerang.
Pewnego dnia przyszła do nas moja siostra Zofia. Od progu zaczęła swoje:
– Halina, nie pozwól jej na ten rozwód! Co ludzie powiedzą? Wszyscy będą gadać!
Magda przewróciła oczami i wyszła do swojego pokoju.
– Zosiu, ona jest nieszczęśliwa – powiedziałam cicho.
– A kto dziś jest szczęśliwy? Ty byłaś? Ja byłam? Każdy ma swoje krzyże!
Zofia miała rację – nikt z nas nie był szczęśliwy w pełni. Ale czy to znaczyło, że Magda też musi cierpieć?
Wieczorem usiadłyśmy razem przy stole.
– Mamo – zaczęła Magda niepewnie – ja już podjęłam decyzję.
Serce mi stanęło w gardle.
– Złożysz papiery?
Kiwnęła głową.
– I co dalej? – zapytałam drżącym głosem.
– Wynajmę mieszkanie z dziećmi. Zacznę pracować na cały etat w szkole językowej. Dam sobie radę.
Patrzyłam na nią i widziałam w niej siebie sprzed lat – młodą kobietę pełną lęku i nadziei jednocześnie.
Chciałam ją zatrzymać, przekonać do zmiany decyzji… Ale wiedziałam już, że nie mam prawa decydować za nią.
Kilka tygodni później Magda wyprowadziła się z dziećmi do małego mieszkania na obrzeżach miasta. Michał przestał dzwonić i pisać groźby sms-ami dopiero po interwencji prawnika.
Często odwiedzam Magdę i wnuki. Widzę ich uśmiechy i wiem już jedno: szczęście to nie jest dom z ogródkiem ani konto pełne pieniędzy. To spokój w sercu i poczucie wolności.
Czasem jednak budzę się w nocy z pytaniem: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę mamy prawo narzucać naszym dzieciom własne lęki?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?