„Narzeczona mojego syna przyszła do mnie w łzach. Od dwóch tygodni nie ma po nim śladu…”

Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją – młodą kobietę z rozmazanym makijażem, w pogniecionym płaszczu, z trzęsącymi się rękami. „Dzień dobry… jestem narzeczoną pani syna. Ale… on zniknął. Dwa tygodnie temu. I nikt nie wie, gdzie jest.”

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Narzeczoną? Mój syn nie mówił mi, że się z kimś spotyka, a co dopiero, że planuje ślub. Przez głowę przelatywały mi setki myśli: czy to jakiś żart? Może pomyłka? Ale jej oczy były tak pełne bólu, że nie mogłam jej odprawić.

– Proszę wejść – powiedziałam cicho, robiąc miejsce w korytarzu. Kobieta weszła niepewnie, jakby bała się, że zaraz ją wyrzucę. Usiadła na brzegu kanapy, ściskając w dłoniach telefon.

– Nazywam się Marta – powiedziała. – Z Michałem… byliśmy razem od dwóch lat. Oświadczył mi się miesiąc temu. Miałam panią poznać… ale on…

Głos jej się załamał. Usiadłam naprzeciwko niej, czując jak serce wali mi w piersi.

– Dlaczego nic mi nie powiedział? – zapytałam bardziej siebie niż ją.

Marta spuściła wzrok.

– Michał mówił, że… że nie ma najlepszych relacji z panią. Że pani nie zaakceptuje żadnej dziewczyny.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Czy naprawdę byłam aż taką matką? Czy przez te wszystkie lata byłam dla niego tylko surową kobietą, która nigdy nie potrafiła okazać czułości?

– Co się stało dwa tygodnie temu? – zapytałam już spokojniej.

Marta zaczęła opowiadać: o wieczorze, kiedy Michał wyszedł z domu po kłótni przez telefon. O tym, jak nie odbierał już później telefonu, jak jego znajomi nie wiedzieli, gdzie jest. Policja przyjęła zgłoszenie, ale uznała, że dorosły mężczyzna może po prostu chcieć odpocząć od wszystkiego.

– Ale on by tak nie zrobił! – wybuchnęła Marta. – On zawsze dawał znać! Nawet jak był zły…

Siedziałam w milczeniu, próbując przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z synem. Była krótka i chłodna. Znowu się pokłóciliśmy – o jego pracę, o to, że nie chce wrócić do rodzinnego miasta, o pieniądze. Zawsze chodziło o pieniądze albo o przyszłość.

– Może… może miał jakieś problemy? – zapytałam ostrożnie.

Marta spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Nie wiem! Nic mi nie mówił! Był zamknięty w sobie… Ale ostatnio był jakiś inny. Nerwowy. Mówił coś o długach…

Długi? Michał nigdy nie prosił mnie o pomoc finansową. Zawsze był dumny, samodzielny. Ale czy naprawdę znałam własnego syna?

Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju. W głowie miałam mętlik. Próbowałam sobie przypomnieć wszystkie szczegóły: czy coś zauważyłam? Czy coś przeoczyłam?

– A jego ojciec? – zapytała Marta cicho.

Zacisnęłam usta.

– Nie mamy kontaktu od lat. Rozwiedliśmy się, gdy Michał miał dziesięć lat. On nigdy tego nie zaakceptował…

Marta skinęła głową ze zrozumieniem.

– Może powinniśmy razem poszukać… Może pani zna miejsca, gdzie mógłby się ukryć?

Zastanowiłam się przez chwilę. Michał miał swoje ulubione miejsca: stary most nad Wisłą, opuszczoną działkę dziadka pod Warszawą…

– Spróbujmy tam pojechać – powiedziałam nagle zdecydowanie.

Pojechałyśmy razem najpierw na działkę dziadka. Było zimno i ponuro; ślady butów w błocie prowadziły do altanki. Serce mi stanęło na moment – drzwi były uchylone.

W środku jednak nikogo nie było. Tylko stary koc i pusta butelka po wodzie mineralnej.

– To jego koc – szepnęła Marta.

Poczułam łzy napływające do oczu. Co jeśli naprawdę coś mu się stało?

Następnego dnia zadzwoniłam do jego ojca. Po latach milczenia usłyszałam jego głos:

– Czego chcesz?

– Michał zaginął – powiedziałam bez ogródek.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie żartuj sobie ze mnie…

– To nie żart! Od dwóch tygodni nikt go nie widział!

Usłyszałam ciężki oddech.

– Ostatnio do mnie dzwonił… Prosił o pieniądze. Powiedziałem mu, żeby radził sobie sam…

Zacisnęłam pięści ze złości i rozpaczy.

Przez kolejne dni szukałyśmy go z Martą wszędzie: u znajomych, w szpitalach, nawet na komisariatach policji. Każdego dnia budziłam się z nadzieją i zasypiałam ze strachem.

Aż pewnego wieczoru zadzwonił telefon Martę.

– To on! – krzyknęła.

Usłyszałam w słuchawce cichy głos Michała:

– Mamo… przepraszam…

Łzy popłynęły mi po policzkach.

Okazało się, że Michał popadł w poważne długi przez hazard online. Wstydził się przyznać komukolwiek – nawet Marcie i mnie. Uciekł na kilka dni do znajomego pod Radomiem, próbując zebrać pieniądze i wymyślić rozwiązanie.

Kiedy wrócił do domu, długo rozmawialiśmy całą trójką. Było dużo łez, pretensji i wyrzutów sumienia – moich i jego. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez lata milczenia i niedomówień.

Dziś próbujemy odbudować naszą relację. Michał chodzi na terapię, ja staram się być bardziej obecna i otwarta na rozmowy – nawet te najtrudniejsze.

Czasem patrzę na Martę i zastanawiam się: ile jeszcze tajemnic kryją nasi najbliżsi? Czy można naprawdę poznać własne dziecko?