W dniu naszej rocznicy ślubu powiedział: „Już cię nie kocham”. Ale nie to było najgorsze
— Już cię nie kocham — powiedział Michał, patrząc mi prosto w oczy. Był wieczór, nasza dziesiąta rocznica ślubu. Na stole stały niedokończone kieliszki wina, a ja jeszcze przed chwilą myślałam, że zaraz wręczy mi prezent, może powie coś czułego. Zamiast tego usłyszałam słowa, które rozbiły mnie na milion kawałków.
Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Wpatrywałam się w niego, próbując zrozumieć, czy to jakiś żart, prowokacja, może kara za coś, o czym nie wiem. Ale Michał był spokojny. Zbyt spokojny. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Jakby powtarzał wyuczony tekst.
— Co ty mówisz? — wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
— Już cię nie kocham — powtórzył. — I… wyprowadzam się dzisiaj.
Wtedy zobaczyłam torbę przy drzwiach. Spakowaną, gotową do drogi. Mój mąż miał wszystko zaplanowane. Nawet telefon miał wyłączony — zauważyłam to kątem oka, kiedy próbowałam zadzwonić do jego matki, żeby zapytać, czy wie coś o tym wszystkim. Michał patrzył na mnie nie jak ktoś, kto żałuje, tylko jak ktoś, kto czekał aż będzie mógł wyjść. Jakby już był gdzie indziej.
— Dokąd idziesz? — zapytałam z rozpaczą.
— To nie ma znaczenia — odpowiedział chłodno. — Proszę cię tylko, żebyś nie robiła scen. Wszystko przemyślałem. Zostawiam ci mieszkanie i samochód. Zosia zostaje z tobą. Ja… ja muszę zacząć nowe życie.
Zosia. Nasza córka. Miała wtedy siedem lat i spała w swoim pokoju, nieświadoma tego, że jej świat właśnie się rozpada.
— Michał… — zaczęłam błagalnie, ale on już otwierał drzwi.
— Przepraszam — rzucił przez ramię i wyszedł.
Stałam przez chwilę w pustym mieszkaniu. Słyszałam tylko własny oddech i bicie serca. Potem przyszła fala łez i krzyku. Chciałam go zatrzymać, zadzwonić do niego, do jego rodziców, do kogokolwiek. Ale jego telefon był wyłączony. Jego matka nic nie wiedziała albo udawała, że nie wie.
Następnego dnia musiałam wstać rano i zrobić śniadanie dla Zosi. Udawać przed nią, że wszystko jest w porządku. Że tata pojechał w delegację. Że wróci za kilka dni.
Ale on nie wrócił.
Przez kolejne tygodnie żyłam jak w transie. Praca w urzędzie miasta wydawała się jeszcze bardziej bezsensowna niż zwykle. Koleżanki pytały o Michała, a ja wymyślałam kolejne kłamstwa. W domu unikałam lustra, bo nie chciałam widzieć tej kobiety z podkrążonymi oczami i rozmazanym makijażem.
Wieczorami siedziałam na kanapie i analizowałam każdy szczegół ostatnich miesięcy. Czy coś przeoczyłam? Czy mogłam coś zrobić inaczej? Przypominałam sobie jego dziwne spóźnienia, coraz częstsze wyjazdy służbowe do Warszawy, tajemnicze wiadomości na Messengerze od „koleżanki z pracy”. Ale zawsze ufałam Michałowi. Byliśmy razem od studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Przeszliśmy przez tyle kryzysów: bezrobocie po studiach, chorobę mojej mamy, narodziny Zosi… Myślałam, że jesteśmy silni.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Anka, moja przyjaciółka jeszcze z liceum:
— Słuchaj… widziałam Michała na mieście. Był z jakąś kobietą i dzieckiem… — zawahała się. — Wyglądali jak rodzina.
Poczułam zimno w żołądku.
— Jesteś pewna?
— Tak… Przykro mi.
To był moment, kiedy zrozumiałam: on nie tylko mnie zostawił. On już miał nowe życie. Nową rodzinę? Nową kobietę? Wszystko było zaplanowane.
Przez kilka dni chodziłam jak otępiała. Potem przyszła złość. Zadzwoniłam do Michała z innego numeru:
— Michał! Jak mogłeś?!
— Proszę cię… Nie rób tego sobie ani Zosi — odpowiedział spokojnie.
— Masz kogoś?!
Cisza.
— To nie twoja sprawa — powiedział w końcu i rozłączył się.
Zaczęły się schody: alimenty, podział majątku, rozmowy z prawnikiem. Michał przysyłał pieniądze regularnie, ale unikał kontaktu z Zosią. Tylko raz przyszedł ją odwiedzić — była wtedy tak szczęśliwa! A potem przez tydzień płakała każdej nocy.
Moja mama powtarzała: „Musisz być silna dla dziecka”. Ale ja czułam się słaba jak nigdy wcześniej. W pracy zaczęto plotkować o moim rozstaniu; sąsiadki patrzyły na mnie ze współczuciem albo z satysfakcją.
Najgorsze były wieczory. Cisza w mieszkaniu bolała najbardziej. Czasem łapałam się na tym, że czekam na dźwięk klucza w drzwiach albo wiadomość od Michała: „Wrócę”.
Ale on nie wrócił.
Minął rok od tamtej rocznicy ślubu. Zosia dorosła szybciej niż powinna; ja nauczyłam się żyć sama i ufać sobie bardziej niż komukolwiek innemu. Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy można było uratować nasze małżeństwo? Czy to ja byłam ślepa?
A może po prostu nie da się przewidzieć wszystkiego? Może czasem ludzie odchodzą bez powodu — albo z powodem, którego nigdy nie chcieliśmy poznać?
Czy można jeszcze zaufać komuś po czymś takim? Czy warto próbować budować życie od nowa? Może ktoś z was zna odpowiedź…