Między domem a marzeniami: Historia matki i syna
– Mamo, ja naprawdę chcę tam zamieszkać. – Głos Pawła drżał, ale w oczach miał upór, którego nie widziałam u niego od lat. Stał w progu kuchni, z rękami w kieszeniach, jakby próbował schować się przed moim wzrokiem.
Zamarłam z filiżanką herbaty w dłoni. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie dudniło mi tylko jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego mój syn, który miał przed sobą całe życie, nagle zapragnął zamieszkać w starym, letniskowym domku na końcu wsi?
– Paweł, przecież tam nawet nie ma porządnego ogrzewania – powiedziałam cicho, starając się nie podnieść głosu. – Zimą zamarzniesz. Poza tym… co z pracą? Z ludźmi?
Westchnął ciężko i spojrzał przez okno na szare, listopadowe niebo. – Mamo, ja już nie mogę tu wytrzymać. W mieście wszystko mnie przytłacza. Hałas, ludzie, ciągły pośpiech… Tam będę mógł oddychać. Zajmę się remontem, może napiszę coś…
Zacisnęłam palce na filiżance tak mocno, że aż zabolało. W mojej głowie pojawiły się obrazy: Paweł jako mały chłopiec, biegający po ogrodzie, śmiejący się do mnie z huśtawki. Potem dorastanie – coraz bardziej zamknięty w sobie, coraz mniej rozmowny. Ostatnie lata – praca w korporacji, wieczne zmęczenie, cienie pod oczami.
– Synku… – zaczęłam łagodnie. – Może lepiej byłoby, gdybyś pojechał tam na weekend? Odpoczął trochę, a potem wrócił do siebie…
– Nie rozumiesz! – przerwał mi gwałtownie. – Ja nie chcę wracać! Chcę tam zamieszkać na stałe. Potrzebuję tego.
W tej chwili poczułam się bezradna jak nigdy dotąd. Zawsze byłam tą silną – po śmierci męża to ja trzymałam wszystko w ryzach. Pracowałam na dwa etaty, żeby Paweł mógł studiować. Teraz miałam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Unikaliśmy się nawzajem, każde zamknięte w swoim pokoju i własnych myślach. Próbowałam rozmawiać z siostrą:
– Aniu, co mam robić? On chce rzucić wszystko i zamieszkać w tej ruderze!
– Może po prostu musi spróbować? – odpowiedziała spokojnie. – Ty zawsze chciałaś mieć wszystko pod kontrolą…
Poczułam ukłucie żalu. Czy naprawdę byłam aż taką despotką? Przecież chciałam tylko jego dobra.
Wieczorem Paweł wszedł do kuchni, gdzie siedziałam nad stertą rachunków.
– Mamo…
Podniosłam wzrok. Wyglądał na zmęczonego i zagubionego.
– Jeśli chodzi o pieniądze… Mogę ci pomóc – powiedziałam szybko. – Wynajmij sobie kawalerkę bliżej pracy. Albo pojedź na wakacje…
Uśmiechnął się smutno.
– Nie chodzi o pieniądze. Chcę spróbować żyć inaczej.
Zamilkliśmy oboje. W powietrzu wisiało coś niewypowiedzianego – strach przed zmianą, przed samotnością.
Następnego dnia Paweł zaczął pakować rzeczy. Siedziałam na łóżku w jego pokoju i patrzyłam na niego ukradkiem.
– Pamiętasz, jak uczyłaś mnie jeździć na rowerze? – zapytał nagle.
Skinęłam głową.
– Bałem się wtedy puścić kierownicę… Ale ty powiedziałaś: „Spróbuj, jestem tuż obok”.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Teraz też spróbuję…
Nie odpowiedziałam nic. Tylko przytuliłam go mocno.
Wyjechał następnego ranka. Przez pierwsze dni dzwonił codziennie – opowiadał o remoncie, o tym jak walczy z przeciekającym dachem i zimnem. Potem coraz rzadziej odbierał telefon.
Czułam się rozdarta między dumą a lękiem. Z jednej strony byłam dumna, że potrafi walczyć o swoje marzenia. Z drugiej – bałam się o niego każdej nocy.
Pewnego wieczoru zadzwoniła sąsiadka z wioski:
– Pani syn chodzi jakiś smutny… Może by pani przyjechała?
Nie zastanawiałam się długo. Spakowałam torbę i pojechałam do letniskowego domku.
Zastałam Pawła siedzącego przy stole, z kubkiem zimnej herbaty i pustym wzrokiem utkwionym w okno.
– Synku…
Spojrzał na mnie bez słowa. W jego oczach zobaczyłam ból i zmęczenie.
– Myślałem, że tu znajdę spokój – wyszeptał w końcu. – Ale samotność jest gorsza niż hałas miasta.
Usiadłam obok niego i objęłam ramieniem.
– Czasem trzeba spróbować czegoś nowego, żeby docenić to, co się miało – powiedziałam cicho.
Siedzieliśmy tak długo w milczeniu. W końcu Paweł westchnął:
– Może wrócę do miasta… Ale już inaczej będę patrzył na życie.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
Dziś Paweł mieszka znów w mieście, ale częściej odwiedza letniskowy domek – już nie jako ucieczkę, ale miejsce odpoczynku. Nasza relacja stała się dojrzalsza; nauczyliśmy się rozmawiać o uczuciach i słuchać siebie nawzajem.
Czasem zastanawiam się: czy powinnam była pozwolić mu wyjechać wcześniej? Czy moje lęki nie były przeszkodą dla jego rozwoju? A może każda matka musi nauczyć się puszczać swoje dziecko wolno? Co wy o tym myślicie?