Zamknąłem żonę w schowku za sprzeciw wobec mojej matki. To, co odkryłem rano, zmieniło wszystko…

– Jak możesz tak mówić o mojej matce?! – wrzasnąłem, czując jak krew pulsuje mi w skroniach.

Kasia stała naprzeciwko mnie w kuchni, z oczami pełnymi łez i gniewu. W dłoniach ściskała kubek po herbacie, jakby to była jedyna rzecz, która trzyma ją jeszcze przy zdrowych zmysłach.

– Bo mam już dość, Michał! – jej głos drżał, ale nie ustępowała. – Twoja mama traktuje mnie jak służącą! Wtrąca się we wszystko, krytykuje każdy mój ruch. Ile jeszcze mam to znosić?

Nie mogłem tego słuchać. W mojej głowie wciąż brzmiały słowa mamy: „Kasia cię nie szanuje. Nie pozwól jej wejść sobie na głowę.”

– To moja matka! – powtórzyłem, jakby to miało być ostatecznym argumentem. – Mieszkamy tu razem, musisz się dostosować!

Kasia spojrzała na mnie z rozpaczą. – A ty kiedy w końcu staniesz po mojej stronie?

Nie odpowiedziałem. Zamiast tego, w przypływie furii, chwyciłem ją za ramię i poprowadziłem do schowka pod schodami. Zamknąłem drzwi na klucz, ignorując jej błagania i płacz. „Musisz się nauczyć szacunku” – powiedziałem przez drzwi, a potem odszedłem.

Całą noc nie mogłem spać. Leżałem na kanapie w salonie, wsłuchując się w ciszę przerywaną tylko tykaniem zegara i odległym szumem samochodów za oknem. W głowie kłębiły mi się myśli: „Może przesadziłem? Ale przecież ona naprawdę przesadza… Mama ma rację…”

Rano obudziłem się z ciężarem na piersi. Przez chwilę nie wiedziałem, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale klucz w mojej kieszeni był prawdziwy.

Podszedłem do schowka. Cisza. Żadnego szlochu, żadnego błagania. Otworzyłem drzwi – schowek był pusty.

Serce podskoczyło mi do gardła. Przeszukałem cały dom – łazienka, sypialnia, kuchnia… Nigdzie jej nie było. Mama siedziała przy stole i patrzyła na mnie z wyrazem satysfakcji.

– W końcu się nauczyła – mruknęła pod nosem.

– Gdzie jest Kasia? – zapytałem z paniką w głosie.

Wzruszyła ramionami. – Pewnie poszła do swojej matki. Lepiej dla ciebie.

Wybiegłem z domu bez słowa. Dzwoniłem do Kasi bez przerwy – nie odbierała. Pojechałem do jej rodziców – nie było jej tam. Nikt nie wiedział, gdzie jest.

Przez kolejne dni chodziłem jak cień człowieka. Mama próbowała mnie pocieszać: „Zobaczysz, wróci na kolanach.” Ale ja już wiedziałem, że coś się we mnie złamało.

Zacząłem przypominać sobie wszystkie te drobne sytuacje: jak Kasia płakała po rozmowie z mamą; jak prosiła mnie o wsparcie; jak tłumaczyła, że czuje się obca we własnym domu. Zawsze stawałem po stronie mamy. Bo tak mnie wychowano – rodzina jest najważniejsza, matka wie najlepiej.

Ale teraz byłem sam. W pustym mieszkaniu, które nagle stało się zimne i obce.

Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. Numer nieznany.

– Michał? – głos Kasi był cichy i zmęczony.

– Kasia! Gdzie jesteś? Proszę, wróć do domu…

– Nie mogę – przerwała mi stanowczo. – Nie po tym, co zrobiłeś.

Zamilkłem. Chciałem przeprosić, powiedzieć jej wszystko to, co tłumiłem przez lata: że ją kocham, że żałuję… Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

– Potrzebuję czasu – powiedziała tylko i rozłączyła się.

Mama patrzyła na mnie z pogardą. – I dobrze ci tak. Trzeba było nie pozwalać jej na wszystko.

Wtedy pierwszy raz w życiu podniosłem na nią głos:

– To przez ciebie ją straciłem!

Mama zbladła i wyszła z pokoju bez słowa.

Minęły tygodnie. Każdego dnia budziłem się z nadzieją, że Kasia wróci. Pisałem do niej listy, dzwoniłem… Bez odpowiedzi.

W pracy nie mogłem się skupić. Koledzy pytali: „Co się stało?” Odpowiadałem wymijająco. W końcu przestałem odbierać telefony od znajomych.

Pewnego dnia dostałem list polecony. Rozwód. Serce mi pękło.

Próbowałem jeszcze raz ją zobaczyć – pojechałem pod adres jej przyjaciółki Magdy. Kasia wyszła na klatkę schodową tylko po to, by powiedzieć:

– Michał… Ja już nie chcę tak żyć. Próbowałam cię kochać mimo wszystko, ale wybrałeś matkę zamiast mnie.

– Przepraszam… – wyszeptałem bezradnie.

– Za późno na przeprosiny.

Wróciłem do domu i usiadłem w pustym salonie. Mama próbowała udawać, że nic się nie stało, ale widziałem strach w jej oczach.

Zrozumiałem wtedy coś ważnego: całe życie podporządkowałem się matce, bo bałem się być samodzielny. Bałem się odpowiedzialności za własne decyzje. Teraz zostałem sam – i musiałem spojrzeć prawdzie w oczy.

Czasem budzę się w nocy i słyszę echo tamtej kłótni w kuchni. Zastanawiam się: czy gdybym wtedy stanął po stronie Kasi, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można naprawić to, co zostało złamane przez lata milczenia i tchórzostwa?

A może są błędy, których nie da się już naprawić?

Czy wy też kiedyś straciliście kogoś przez własny upór lub lojalność wobec rodziny? Jak poradziliście sobie z takim bólem?