Czy miłość i małżeństwo to już tylko bajka? Moja walka o szczęście w świecie, gdzie wszyscy mają inne priorytety
– Znowu wracasz sama? – głos mamy rozbrzmiał w korytarzu, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć buty. W jej oczach widziałam troskę, ale i rozczarowanie. – Martwię się o ciebie, Marto. Masz już trzydzieści cztery lata…
Zacisnęłam usta, próbując nie wybuchnąć. Ile razy słyszałam już to pytanie? Ile razy tłumaczyłam, że nie chcę być z kimś tylko po to, żeby nie być sama? Ale czy sama siebie jeszcze przekonywałam?
Weszłam do kuchni, gdzie mama kroiła ogórki na mizerię. Zapach koperku przypomniał mi dzieciństwo – wtedy wszystko wydawało się prostsze. Tata czytał gazetę przy stole, udając, że nie słyszy naszej rozmowy.
– Mamo, proszę cię…
– Ja tylko chcę twojego szczęścia – westchnęła. – Wszyscy twoi znajomi już mają rodziny. Nawet ta twoja koleżanka, co zawsze była taka… no wiesz… roztrzepana.
Wiedziałam, o kogo chodzi. Kasia wyszła za mąż w zeszłym roku. Wrzucała na Facebooka zdjęcia z mężem i dwójką dzieci. A ja? Ja miałam awans na kierownika działu w dużej firmie farmaceutycznej i mieszkanie na kredyt w Warszawie.
Ale wieczorami, gdy wracałam do pustego mieszkania, czułam się tak, jakby coś we mnie pękało. Próbowałam tłumaczyć sobie, że jestem niezależna, silna, że nie potrzebuję nikogo do szczęścia. Ale czy naprawdę?
Pamiętam jedną z tych samotnych nocy. Siedziałam na kanapie z kieliszkiem wina i przeglądałam aplikację randkową. Przesuwałam palcem w lewo i w prawo, patrząc na kolejne twarze. Każdy wydawał się taki sam: „kocham podróże”, „szukam przygód”, „nie szukam niczego poważnego”. Czy naprawdę nikt już nie marzy o rodzinie?
W pracy wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Moja przyjaciółka z biura, Ania, śmiała się:
– Ty jeszcze wierzysz w te bajki o miłości? Daj spokój! Lepiej kup sobie kota.
– A ty nie chciałabyś kiedyś… – zaczęłam niepewnie.
– Ja? Mam wolność! Mogę wyjechać do Barcelony na weekend bez tłumaczenia się komukolwiek. Po co mi facet?
Zazdrościłam jej tej pewności siebie. Ale ja czułam pustkę.
Najgorsze były święta. Siedziałam przy stole z rodzicami i młodszym bratem Pawłem, który właśnie ogłosił zaręczyny z dziewczyną poznaną na studiach. Mama płakała ze wzruszenia, tata ściskał mu dłoń. A ja? Uśmiechałam się sztucznie, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Po kolacji wyszłam na balkon. Paweł podszedł za mną.
– Ej, siostra… wszystko okej?
– Jasne – odpowiedziałam szybko.
– Wiesz… nie musisz nikomu nic udowadniać. Ale jeśli chcesz być z kimś… to może czasem trzeba trochę odpuścić?
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Co masz na myśli?
– No wiesz… ty zawsze wszystko musisz mieć pod kontrolą. Może czasem warto po prostu dać się ponieść?
Nie odpowiedziałam. Ale jego słowa zostały ze mną na długo.
Kilka tygodni później poznałam Michała. Był inny niż wszyscy – spokojny, ciepły, trochę nieśmiały. Poznaliśmy się na kursie gotowania, na który zapisałam się z nudów. Rozmawialiśmy o wszystkim: o książkach, podróżach po Polsce, dzieciństwie w małym mieście.
Po kilku spotkaniach poczułam coś, czego dawno nie czułam – nadzieję. Michał był szczery i otwarty. Nie udawał kogoś innego. Po raz pierwszy od lat zaczęłam marzyć o czymś więcej niż tylko pracy i awansach.
Ale wtedy pojawiły się schody.
Mama była zachwycona:
– Wreszcie ktoś normalny! Kiedy go nam przedstawisz?
Ale Michał miał swoje demony. Był po rozwodzie, miał córkę z poprzedniego małżeństwa. Bał się zaangażować na nowo.
– Marta… ja nie wiem, czy potrafię jeszcze zaufać – powiedział pewnego wieczoru.
– Ja też się boję – przyznałam szczerze. – Ale może warto spróbować?
Byliśmy razem przez kilka miesięcy. Było pięknie i trudno jednocześnie. Jego była żona robiła problemy przy kontaktach z córką. Michał często był smutny i zamyślony.
Moi rodzice zaczęli naciskać:
– On nigdy cię nie poślubi! Ma już dziecko! Po co ci taki balast?
Czułam się rozdarta między własnymi pragnieniami a oczekiwaniami innych. Z jednej strony chciałam być z Michałem, z drugiej – bałam się przyszłości.
Pewnego dnia pokłóciliśmy się o drobiazg. Michał zamknął się w sobie.
– Może lepiej będzie, jeśli każdy pójdzie swoją drogą – powiedział cicho.
Zostałam sama. Znowu.
Minęły miesiące. Praca przestała mnie cieszyć. Znajomi rozjechali się po świecie albo zajęli swoimi rodzinami. Czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Któregoś dnia zadzwoniła mama:
– Marto… przepraszam za wszystko. Chcę tylko twojego szczęścia.
Popłakałyśmy się razem przez telefon.
Dziś wiem jedno: życie nie jest bajką ani serialem romantycznym. Czasem trzeba pogodzić się z samotnością i nauczyć się kochać siebie taką, jaka jestem – z marzeniami i rozczarowaniami.
Ale czy naprawdę muszę wybierać między niezależnością a miłością? Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce na prawdziwe uczucie i rodzinę? A może to my sami stawiamy sobie największe przeszkody?