Niedziela, która przestała pachnieć rosołem
— Mamo, czy mogłabyś w tę niedzielę nie przychodzić? — głos Magdy był cichy, ale stanowczy. Siedziałam przy kuchennym stole, ścierka w dłoni, a w sercu nagle zrobiło się pusto. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie słowa. W słuchawce zapadła cisza, którą przerywał tylko szum mojego oddechu.
— Chcielibyśmy mieć dom tylko dla siebie — dodała po chwili, jakby tłumacząc się sama przed sobą.
Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba coś w stylu: „Oczywiście, rozumiem”. Ale nie rozumiałam. Przecież niedziela to dzień rodziny. Tak mnie wychowano. Tak wychowałam mojego syna, Pawła. Niedziela zawsze pachniała rosołem, była pełna rozmów, śmiechu dzieci i wspólnych spacerów po parku. Nawet kiedy Paweł się ożenił, cieszyłam się, że udało nam się zachować tę tradycję. Niedzielny obiad u nich był czymś oczywistym — czułam się potrzebna, jakbym wciąż była częścią ich życia.
Zawsze robiłam dla nich sernik według przepisu mojej mamy. Magda mówiła, że nie potrafi takiego upiec. Dzieci — Zosia i Staś — rzucały mi się na szyję, kiedy tylko przekraczałam próg ich mieszkania. Paweł żartował, że bez mojego rosołu niedziela się nie liczy.
A teraz? Teraz miałam zostać sama. W pustym mieszkaniu, z ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowo.
Przez cały tydzień chodziłam jak struta. W pracy koleżanki pytały, czy wszystko w porządku. Uśmiechałam się sztucznie i mówiłam, że tak, po prostu jestem zmęczona. Ale prawda była taka, że czułam się odrzucona. Jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca.
W sobotę upiekłam sernik z przyzwyczajenia. Stał na blacie, pachniał wanilią i dzieciństwem Pawła. Patrzyłam na niego i łzy same napływały mi do oczu.
W niedzielę rano zadzwonił Paweł.
— Mamo… — zaczął niepewnie. — Magda mówiła ci…
— Tak, wiem — przerwałam mu szybko. — Wszystko w porządku.
— Nie chcieliśmy cię urazić… Po prostu… Magda ostatnio jest zmęczona. Dzieci dają nam popalić, a ona chciała trochę spokoju.
— Rozumiem — skłamałam znowu. — Odpocznijcie sobie.
Po rozmowie długo siedziałam przy stole i patrzyłam na pusty talerz. W końcu wyszłam na spacer do parku. Wszędzie rodziny: matki z dziećmi, starsze panie z wnukami, młode pary z psami. Czułam się jak widmo.
Wróciłam do domu i usiadłam w fotelu. Wzięłam do ręki album ze zdjęciami. Na jednym z nich Paweł miał może pięć lat — siedział na moich kolanach i śmiał się do obiektywu. Przypomniało mi się, jak bardzo bałam się wtedy przyszłości. Czy będę dobrą matką? Czy dam radę wychować go na dobrego człowieka?
Zawsze starałam się być obecna w jego życiu. Kiedy miał gorączkę — nie spałam całą noc. Kiedy dostał pierwszą dwóję — płakał mi w ramionach. Kiedy poznał Magdę — cieszyłam się jego szczęściem.
A teraz? Teraz byłam za bardzo obecna?
Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Basia.
— Co taka cicha jesteś? — zapytała od razu.
Opowiedziałam jej wszystko. O rozmowie z Magdą, o pustej niedzieli, o serniku stojącym samotnie na blacie.
— Może oni naprawdę potrzebują trochę czasu dla siebie? — próbowała mnie pocieszyć Basia. — Pamiętasz, jak my byłyśmy młode? Też chciałyśmy mieć dom tylko dla siebie.
— Ale ja nigdy nie odtrąciłam mamy — odpowiedziałam z żalem.
Basia westchnęła.
— Czasy się zmieniają. Może musisz dać im trochę przestrzeni?
Przez kolejne dni próbowałam sobie to wszystko poukładać w głowie. Czy naprawdę byłam zbyt nachalna? Czy moje wizyty były ciężarem? Przecież nigdy nie narzucałam się z radami, nie krytykowałam Magdy za sposób wychowania dzieci czy prowadzenie domu. Starałam się być pomocna — zabierałam dzieci na spacer, gotowałam obiady, sprzątałam po sobie.
Ale może właśnie to było problemem? Może Magda czuła się przy mnie gorsza? Może miała wrażenie, że rywalizuję z nią o uwagę Pawła i dzieci?
W piątek zadzwoniła Magda.
— Pani Aniu…
Zawsze mówiła do mnie „pani Aniu”, choć prosiłam ją wielokrotnie: „Mów mi mamo”.
— Chciałam tylko powiedzieć… Dziękuję za wszystko, co pani dla nas robi. Naprawdę to doceniam.
— Nie ma za co — odpowiedziałam cicho.
— Po prostu… czasem czuję się przytłoczona. Chciałabym udowodnić sobie i Pawłowi, że potrafię być dobrą żoną i matką bez pomocy…
Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Może rzeczywiście muszę nauczyć się odpuszczać? Pozwolić im budować własną rodzinę na własnych zasadach?
W niedzielę znów byłam sama. Ale tym razem nie płakałam. Upiekłam sernik i zaniosłam go sąsiadce, pani Marii, która od dawna mieszka sama i zawsze narzeka na samotność.
Usiadłyśmy razem przy stole, napiłyśmy się herbaty i rozmawiałyśmy o dawnych czasach. Poczułam ulgę — może jeszcze nie wszystko stracone?
Wieczorem zadzwonił Paweł.
— Mamo… dzieci pytają o ciebie. Zosia płakała, bo nie było twojego sernika.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— Może za tydzień przyjdziecie do mnie na obiad? — zaproponowałam nieśmiało.
— Z przyjemnością! — odpowiedział Paweł bez wahania.
Odłożyłam słuchawkę i długo patrzyłam w okno na rozświetlone miasto.
Czy można kochać za bardzo? Czy da się znaleźć równowagę między byciem matką a byciem teściową? Może każda rodzina musi sama wyznaczyć swoje granice… Ale czy to znaczy, że musimy rezygnować z tego, co dla nas najważniejsze?