Błagam męża o pomoc w domu, ale on wciąż uważa, że to nie jego sprawa – Moja walka o równość w rodzinie

– Michał, czy możesz dziś odebrać dzieci z przedszkola? – pytam go po raz kolejny, czując jak głos mi drży. Wiem, że zaraz usłyszę to samo co zawsze.

– Nie mogę, mam ważne spotkanie. Zresztą, przecież ty i tak kończysz wcześniej – odpowiada, nawet nie podnosząc wzroku znad laptopa.

Cisza w kuchni staje się gęsta jak mleko. Patrzę na niego i czuję, jak narasta we mnie frustracja. To nie jest pierwszy raz. Od lat próbuję przekonać Michała, żeby dzielił się ze mną obowiązkami domowymi. Pracujemy oboje na pełen etat, mamy dwójkę małych dzieci – Zosię i Antka – a ja czuję się coraz bardziej samotna i wyczerpana. Każdego dnia powtarzam sobie, że może jutro będzie lepiej, że może w końcu zrozumie. Ale jutro nigdy nie nadchodzi.

Pamiętam, jak było na początku. Michał był czuły, troskliwy, pomagał mi nawet przy gotowaniu. Kiedy urodziła się Zosia, wszystko się zmieniło. „Ty lepiej wiesz, jak się zajmować dzieckiem” – mówił wtedy. „Ja się boję, że coś zrobię nie tak.” Wtedy jeszcze go rozumiałam. Ale minęły lata, a on nadal uważa, że dom to moja sprawa.

Dziś rano znowu się pokłóciliśmy. Zosia rozlała mleko na podłogę, Antek płakał, bo nie mógł znaleźć ulubionego misia. Michał siedział przy stole i czytał wiadomości na telefonie. – Michał, możesz mi pomóc? – zapytałam z nadzieją.

– Zaraz wychodzę do pracy – rzucił krótko.

Zebrałam rozlane mleko, uspokoiłam Antka i odprowadziłam dzieci do przedszkola. Potem pobiegłam do pracy, spóźniona i zmęczona już od rana. W pracy szefowa spojrzała na mnie z dezaprobatą. „Znowu spóźniona?” – zapytała chłodno. Chciałam jej powiedzieć, jak wygląda moje życie, ale tylko przeprosiłam i zabrałam się do roboty.

Wieczorem wróciłam do domu i zobaczyłam Michała przed telewizorem. Dzieci bawiły się w swoim pokoju. Kuchnia była pełna brudnych naczyń, pranie czekało od wczoraj. Usiadłam na krześle i poczułam łzy napływające do oczu.

– Michał, czy ty naprawdę nie widzisz tego bałaganu? – zapytałam cicho.

– Przecież to tylko naczynia. Zmyjesz później – odpowiedział obojętnie.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Dlaczego wszystko jest na mojej głowie? Pracuję tak samo jak ty! Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że dom to nasza wspólna odpowiedzialność?

Michał spojrzał na mnie zdziwiony.

– Przesadzasz. Moja mama zawsze wszystko robiła sama i nie narzekała.

Poczułam się jakby ktoś mnie uderzył. Czy naprawdę jestem niewdzięczna? Czy może on po prostu nie rozumie?

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: Może powinnam być bardziej cierpliwa? Może to ja robię coś źle? Ale przecież nie jestem robotem! Mam prawo być zmęczona, mam prawo prosić o pomoc.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z mamą. Zawsze była dla mnie wsparciem.

– Mamo, czy tata ci pomagał w domu? – zapytałam nieśmiało przez telefon.

Mama westchnęła ciężko.

– Nie bardzo… Ale wtedy były inne czasy. Teraz kobiety mają prawo oczekiwać więcej. Nie daj sobie wmówić, że to tylko twoja rola.

Te słowa dodały mi odwagi. Wieczorem usiadłam z Michałem przy stole.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo. – Nie dam rady dłużej sama wszystkiego ogarniać. Albo zaczniemy dzielić się obowiązkami, albo…

Nie dokończyłam zdania. Michał patrzył na mnie długo w milczeniu.

– Myślałem, że jesteś szczęśliwa… – powiedział cicho.

– Jestem zmęczona – odpowiedziałam szczerze. – I coraz bardziej samotna.

Przez chwilę myślałam, że coś się zmieniło. Michał przez kilka dni pomagał mi przy dzieciach, wynosił śmieci, nawet ugotował obiad. Ale potem wszystko wróciło do normy.

Znowu zostałam sama z codziennością.

Czasem mam ochotę spakować walizki i wyjechać gdzieś daleko. Ale patrzę na Zosię i Antka i wiem, że nie mogę ich zostawić. Oni są moją siłą i moją słabością jednocześnie.

Ostatnio coraz częściej myślę o terapii dla par. Może ktoś z zewnątrz pomoże nam znaleźć wspólny język? Boję się jednak reakcji Michała – on uważa, że takie rzeczy są dla „słabych”.

Czuję się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem. Czy naprawdę muszę wybierać? Czy kobieta w Polsce XXI wieku nadal musi walczyć o podstawowy szacunek i wsparcie?

Czasem pytam siebie: ile jeszcze wytrzymam? Czy moje dzieci będą kiedyś szczęśliwe w swoich rodzinach? Czy będą powielać nasze błędy?

Może ktoś z was zna odpowiedź na te pytania…