Kiedy zostałem sam nad morzem: Historia ojca, który zapomniał, czym jest rodzina
— Naprawdę? Znowu uciekasz? — głos Miry odbił się echem od kafelków w naszej kuchni. Stała naprzeciwko mnie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a w oczach miała gniew i rozczarowanie. Nasza córka Zosia siedziała przy stole, udając, że rysuje, ale widziałem, jak jej małe dłonie drżą.
— Mira, potrzebuję chwili dla siebie. Chcę pojechać nad morze. Sam — powiedziałem cicho, ale stanowczo. W środku czułem się jak tchórz, ale nie mogłem już dłużej wytrzymać tej codziennej rutyny, ciągłych pretensji i wiecznego zmęczenia.
— A my? — zapytała. — My nie potrzebujemy chwili dla siebie? Ty możesz po prostu wyjechać i zostawić nas z tym wszystkim?
Nie odpowiedziałem. Wziąłem torbę, którą spakowałem poprzedniego wieczoru. Zosia spojrzała na mnie z pytaniem w oczach, ale nie miałem odwagi spojrzeć jej w twarz. Wyszedłem.
Droga nad morze była długa i cicha. Radio grało stare piosenki, ale żadna nie była w stanie zagłuszyć moich myśli. Przez pierwsze godziny czułem ulgę — wreszcie nikt niczego ode mnie nie chciał. Nikt nie krzyczał, nie płakał, nie prosił o pomoc przy lekcjach czy obiadzie. Byłem wolny.
Kiedy dotarłem do pensjonatu w Jastarni, powitała mnie cisza. Pokój był mały, pachniał świeżością i solą morską. Otworzyłem okno i usiadłem na łóżku. Przez chwilę patrzyłem na fale za oknem i myślałem tylko o sobie.
Pierwszego dnia chodziłem po plaży, jadłem rybę w smażalni i patrzyłem na ludzi — rodziny z dziećmi, zakochane pary, starszych ludzi trzymających się za ręce. Zazdrościłem im spokoju i bliskości. Wieczorem zadzwoniłem do Miry. Nie odebrała.
Drugiego dnia obudziłem się wcześnie. Wyszedłem na plażę jeszcze przed świtem. Siedziałem na zimnym piasku i próbowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz byłem naprawdę szczęśliwy. Przed ślubem? Kiedy Zosia się urodziła? A może wtedy, gdy jeszcze nie miałem tylu obowiązków?
W południe zadzwoniła mama Miry.
— Michał, Mira płacze cały dzień. Zosia pyta o ciebie co chwilę. Co ty wyprawiasz?
Nie potrafiłem odpowiedzieć. Powiedziałem tylko: — Muszę przemyśleć kilka spraw.
Wieczorem poszedłem do baru przy plaży. Poznałem tam Andrzeja — rozwiedzionego faceta po czterdziestce. Piliśmy razem piwo i rozmawialiśmy o życiu.
— Wiesz co? — powiedział Andrzej. — Myślałem, że jak zostanę sam, to będę wolny i szczęśliwy. Ale samotność to najgorsza kara dla człowieka.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż chciałem przyznać.
Trzeciego dnia obudziłem się z bólem głowy i pustką w sercu. Próbowałem zadzwonić do Miry — znów bez odpowiedzi. Napisałem jej wiadomość: „Tęsknię za wami”.
Nie odpisała.
Wyszedłem na spacer po molo. Patrzyłem na dzieci bawiące się w piasku i nagle poczułem coś dziwnego — żal i tęsknotę tak silną, że aż musiałem usiąść. Przypomniałem sobie pierwszy spacer z Zosią nad Wisłą, jej śmiech, kiedy uczyła się jeździć na rowerze… I nagle zrozumiałem: uciekając od rodziny, uciekam od siebie samego.
Wieczorem wróciłem do pensjonatu i długo patrzyłem w sufit. Próbowałem sobie przypomnieć, dlaczego zakochałem się w Mirze. Przypomniały mi się jej oczy pełne ciepła i cierpliwości, jej śmiech podczas naszych pierwszych randek, sposób w jaki tuliła Zosię do snu.
Czwartego dnia rano spakowałem rzeczy i ruszyłem do domu. Całą drogę myślałem o tym, co powiem Mirze i Zosi.
Kiedy wszedłem do mieszkania, Mira siedziała przy stole z czerwonymi oczami. Zosia rzuciła mi się na szyję.
— Tato! — krzyknęła przez łzy.
Mira patrzyła na mnie długo i ciężko.
— Dlaczego? — zapytała cicho.
Usiadłem naprzeciwko niej.
— Bałem się… wszystkiego naraz: odpowiedzialności, zmęczenia, tego że już nie jestem tym facetem sprzed lat… Ale najbardziej bałem się tego, że was stracę przez własną głupotę.
Zosia tuliła się do mnie mocno.
— Tato, już nie wyjeżdżaj — szepnęła.
Mira milczała przez chwilę.
— Musimy porozmawiać. O nas wszystkich — powiedziała w końcu.
Rozmawialiśmy długo tej nocy — o zmęczeniu, o potrzebie wsparcia, o tym jak łatwo można się pogubić nawet w kochającej rodzinie.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba stracić wszystko na chwilę, żeby zrozumieć ile to znaczy. Czy naprawdę musimy uciekać od siebie nawzajem, żeby docenić to co mamy? Może wystarczy po prostu nauczyć się rozmawiać…