Idźcie śmiało, a ja do was dojadę – historia o rozpadzie rodziny i sile matki

– Idźcie śmiało, a ja do was dojadę – powiedział Marek, nie patrząc mi w oczy. Stałam w przedpokoju z kluczami w ręku, syn już ubrany, z plecakiem na ramieniu, czekał na wyjazd do babci. To miał być nasz wspólny weekend – pierwszy od miesięcy, kiedy wszyscy mieliśmy być razem. Ale Marek znowu miał coś ważniejszego do zrobienia.

– Marek, przecież obiecałeś… – zaczęłam cicho, ale przerwał mi ruchem ręki.

– Muszę pomóc mamie na działce. Wiesz, jak ona sobie nie radzi. Zawieźcie się same, ja dojadę później.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jego matka była zdrowa jak koń, a działka była dla niego zawsze ważniejsza niż nasz syn, niż ja. Michał spojrzał na mnie niepewnie.

– Mamo, pojedziemy sami? – zapytał cicho.

Przytaknęłam, choć serce miałam ściśnięte. Wyszliśmy z mieszkania w milczeniu. W aucie Michał bawił się zamkiem od kurtki, a ja walczyłam ze łzami. Po drodze zadzwoniła teściowa.

– Będziecie na czas? Marek już jedzie? – jej głos był jak zawsze chłodny.

– Marek jeszcze nie wyjechał. Pomaga pani na działce? – zapytałam z przekąsem.

– On wie, co robi. Ty się zajmij dzieckiem – usłyszałam i poczułam, jak krew uderza mi do głowy.

Zajechałyśmy pod dom moich rodziców. Mama przywitała nas ciepło, ale widziała mój stan.

– Co się stało? – zapytała, gdy Michał pobiegł do pokoju.

– Marek znowu wybrał swoją matkę i tę przeklętą działkę – wyszeptałam.

Mama objęła mnie ramieniem.

– Dziecko, ile jeszcze będziesz to znosić?

Nie wiedziałam. Każdy dzień był walką o resztki szacunku do siebie. Marek coraz częściej znikał na całe dnie, wracał późno, nie tłumaczył się. Jego matka dzwoniła codziennie, kontrolowała go, a mnie traktowała jak intruza w ich rodzinie.

Wieczorem Marek zadzwonił.

– Nie dam rady dziś przyjechać. Zostanę u mamy na noc. Przepraszam Michała ode mnie.

Nie odpowiedziałam. Położyłam się obok syna i długo patrzyłam w sufit. W głowie kłębiły się myśli: czy to już koniec? Czy jestem gotowa zostać sama?

Następnego dnia wróciłyśmy do domu. Marek był już w pracy. W kuchni leżała kartka: „Obiad w lodówce”. Zimny rosół i schabowy – jego ulubione danie. Dla mnie nie zostawił nawet słowa.

Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać.

– Marek, musimy coś zmienić. Michał tęskni za tobą. Ja też…

Wzruszył ramionami.

– Przesadzasz. Pracuję, pomagam mamie. Ty też mogłabyś być bardziej wyrozumiała.

– Wyrozumiała? Dla kogo? Dla twojej matki?

Spojrzał na mnie ostro.

– Nie zaczynaj znowu. Moja matka jest sama, ojciec nie żyje. Ty masz swoich rodziców.

– Ale to my jesteśmy twoją rodziną! – krzyknęłam bezsilnie.

Marek wyszedł trzaskając drzwiami. Michał schował się pod kołdrą i płakał cicho.

Przez kolejne tygodnie było tylko gorzej. Marek coraz częściej nocował u matki, wracał tylko po ubrania. Michał zamknął się w sobie, zaczął mieć problemy w szkole. Ja chodziłam jak cień – praca, dom, dziecko i wieczna samotność.

Pewnego dnia zadzwoniła moja teściowa.

– Musimy porozmawiać – powiedziała stanowczo.

Spotkałyśmy się w kawiarni na rynku. Siedziała wyprostowana, zaciśnięte usta i zimne spojrzenie.

– Wiem, że masz żal do Marka. Ale on jest moim synem i zawsze będzie miał wobec mnie obowiązki. Ty musisz to zaakceptować albo…

– Albo co? – przerwałam jej drżącym głosem.

– Albo odejdź. On zasługuje na spokój.

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jak można być tak okrutnym?

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Wieczorem Marek przyszedł po raz pierwszy od tygodnia.

– Musimy pogadać – powiedział bez emocji.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole.

– Nie chcę już tak żyć – zaczął. – Moja matka jest dla mnie ważna i nie zamierzam tego zmieniać. Jeśli ci to nie odpowiada…

Zamilkł. Wiedziałam, co chce powiedzieć.

– Chcesz rozwodu? – zapytałam cicho.

Skinął głową.

Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Ulgę, bo koniec tej męczarni był blisko. Strach – bo nie wiedziałam, jak dam sobie radę sama z dzieckiem.

Rozwód był szybki i bolesny. Marek zamieszkał u matki, Michał został ze mną. Teściowa przestała się odzywać, a moi rodzice wspierali mnie jak mogli.

Pierwsze miesiące były najtrudniejsze. Michał płakał nocami, pytał o ojca. Ja płakałam razem z nim, ale rano wstawałam i szłam do pracy. Z czasem nauczyliśmy się żyć we dwoje. Każdy dzień był walką o normalność: śniadania przed szkołą, odrabianie lekcji, wspólne wieczory przy książkach i bajkach.

Czasem spotykaliśmy Marka na ulicy – przechodził obok nas obojętnie albo udawał, że nas nie widzi. Michał przestał pytać o ojca po kilku miesiącach ciszy z jego strony.

Któregoś dnia zadzwoniła moja mama:

– Dziecko, jesteś silniejsza niż myślisz. Jesteśmy z ciebie dumni.

Poczułam wtedy pierwszy raz od dawna coś na kształt nadziei. Może dam radę? Może samotność to nie wyrok?

Minęły dwa lata od rozwodu. Michał wyrósł na mądrego chłopca, ja nauczyłam się być dla niego wszystkim: mamą, tatą i przyjaciółką. Praca daje mi satysfakcję, mam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierają.

Czasem wracam myślami do tamtego poranka: „Idźcie śmiało, a ja do was dojadę”. Czy gdybym wtedy została w domu i nie pojechała sama z synem – wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można było uratować naszą rodzinę?

A może czasem trzeba pozwolić odejść tym, którzy już dawno przestali być bliscy?