Moja żona nie chciała wpuścić teściów do naszego wymarzonego domu. Czy naprawdę wszystko poświęciłem na marne?

— Nie, nie zgadzam się! — głos Ewy odbił się echem od wysokich, świeżo pomalowanych ścian naszego nowego domu. Stałem w korytarzu, jeszcze z walizką w ręku, a ona patrzyła na mnie z uporem, którego nie znałem przez te wszystkie lata rozłąki.

— Ewa, proszę cię… To moi rodzice. Chcą tylko zobaczyć dom, który budowaliśmy przez tyle lat — powiedziałem cicho, czując jak narasta we mnie bezsilność.

— Budowaliśmy? — prychnęła. — Ty budowałeś, ja tu byłam sama! Ja tu wszystko ogarniałam! A teraz chcesz, żeby twoja matka przyszła i zaczęła rządzić? Nie ma mowy!

Zamknąłem oczy. Przez piętnaście lat pracowałem na budowach w Niemczech i Holandii. Każda złotówka, każdy przepracowany dzień miał sens tylko dlatego, że wyobrażałem sobie ten moment: wracam do Polski, do rodziny, do domu, który będzie naszym azylem. Ale teraz ten dom stał się polem bitwy.

Moja mama zadzwoniła rano. — Synku, czy możemy dziś przyjechać z tatą? Chcielibyśmy zobaczyć ten wasz piękny dom…

Obiecałem jej to jeszcze z zagranicy. Wysyłałem zdjęcia z budowy, opowiadałem o każdym etapie. Rodzice pomagali nam finansowo, czasem nawet przyjeżdżali na weekendy i pomagali przy ogrodzie. Ale Ewa zawsze była wtedy chłodna, zamknięta w sobie.

— Oni zawsze cię krytykowali! — krzyknęła Ewa, widząc moją minę. — Nigdy nie byłam dla nich wystarczająco dobra! Nawet jak rodziłam Olka, twoja matka miała pretensje, że nie karmię piersią!

— To nieprawda… — zacząłem, ale przerwała mi gestem.

— Nie chcę ich tu! To jest mój dom! Mój i Olka! Ty możesz sobie zapraszać kogo chcesz, ale ja nie będę udawać przed twoją matką!

Patrzyłem na nią i czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Przez lata wyobrażałem sobie powrót do Polski jako powrót do normalności. Tymczasem wszystko było inne: syn mnie nie poznawał, żona była obca, a dom — choć piękny — wydawał się pusty.

Wieczorem zadzwonił tata. — Synu… Mama płakała cały dzień. Może jednak przyjedziemy innym razem?

Nie wiedziałem co powiedzieć. Przez telefon słyszałem ciszę naszego starego mieszkania w bloku na Pradze. Wiedziałem, że rodzice są samotni. Całe życie ciężko pracowali, żeby dać mi szansę na lepsze życie. Teraz ja miałem im pokazać swój sukces — a zamiast tego musiałem ich przepraszać za własną żonę.

Olek podszedł do mnie wieczorem.
— Tato… Dlaczego babcia nie może przyjechać?
— Bo mama nie chce — odpowiedziałem zbyt ostro.
Olek spuścił głowę i poszedł do swojego pokoju.

Nocą długo nie mogłem zasnąć. W głowie miałem obrazy z dzieciństwa: mama piekąca szarlotkę na niedzielę, tata naprawiający rower na balkonie. Przypomniałem sobie też samotne wieczory w Niemczech, kiedy jedynym towarzyszem był kubek zimnej kawy i zdjęcie Ewy z Olkiem na tapecie telefonu.

Rano próbowałem jeszcze raz porozmawiać z Ewą.
— Proszę cię… To tylko jedno popołudnie. Zrobię kawę, upiekę ciasto. Nie musisz z nimi rozmawiać.
Spojrzała na mnie z wyrzutem.
— A ty kiedy ostatnio zapytałeś mnie, czego ja chcę? Przez piętnaście lat byłam tu sama! Twoi rodzice nigdy mi nie pomogli! Wszystko było na mojej głowie!

Zrozumiałem wtedy coś ważnego: przez lata skupiałem się tylko na pracy i marzeniu o domu. Nie widziałem samotności Ewy, jej zmagań z codziennością, jej żalu do moich rodziców i do mnie samego.

Ale czy to usprawiedliwiało jej decyzję? Czy miała prawo odciąć moich rodziców od naszego życia?

W kolejnych dniach atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Olek zamknął się w sobie. Ja coraz częściej wychodziłem na długie spacery po osiedlu. Patrzyłem na nasz dom — największy w okolicy, z pięknym ogrodem i nowym samochodem przed bramą — i czułem pustkę.

Pewnego dnia spotkałem sąsiadkę, panią Halinę.
— Panie Tomku, gratuluję domu! Ale czemu taki pan smutny?
Uśmiechnąłem się blado.
— Wie pani… Czasem człowiek buduje coś przez całe życie i nagle okazuje się, że nie ma z kim tego dzielić.
Pani Halina pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Rodzina to najważniejsze… Ale czasem trzeba zawalczyć o swoje szczęście.

Wieczorem usiadłem z Ewą przy stole.
— Musimy porozmawiać — zacząłem spokojnie. — Nie chcę wybierać między tobą a moimi rodzicami. Ale nie mogę też pozwolić, żeby mój syn dorastał bez kontaktu z dziadkami.
Ewa milczała długo.
— Może powinniśmy pójść do mediatora? — zapytała cicho.
Poczułem ulgę. Może jest jeszcze nadzieja?

Dziś wiem jedno: dom to nie mury ani dach nad głową. Dom to ludzie i relacje między nimi. Czy można odbudować zaufanie po tylu latach rozłąki i żalu? Czy warto było poświęcić wszystko dla materialnego sukcesu?

Czasem patrzę na nasz dom i pytam sam siebie: czy naprawdę jestem szczęśliwy? Czy dom bez rodziny to jeszcze dom?