Dziesięć lat później: Kiedy Jasiek wrócił znikąd, mój świat znów się zawalił

— Co ty tu robisz? — wykrztusiłam, czując jak filiżanka z herbatą wypada mi z rąk i roztrzaskuje się o podłogę. Stał w drzwiach, dokładnie tak jak dziesięć lat temu, kiedy wyszedł z domu i już nie wrócił. Jasiek. Mój mąż. Ojciec moich dzieci. Człowiek, którego kochałam i którego nienawidziłam przez ostatnią dekadę.

Nie wiedziałam, czy mam rzucić się na niego z pięściami, czy może po prostu zemdleć. W głowie dudniło mi jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego zostawił mnie wtedy samą z dwójką małych dzieci, bez słowa wyjaśnienia, bez pożegnania? Przez lata próbowałam sobie tłumaczyć jego zniknięcie — może wypadek, może amnezja, może został porwany. Ale prawda była taka, że z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej wierzyłam w to, że po prostu uciekł. Uciekł ode mnie, od odpowiedzialności, od życia.

— Anka… — wyszeptał moje imię tak cicho, jakby bał się, że go przeklnę. — Wiem, że nie mam prawa tu być. Ale musiałem wrócić.

Patrzyłam na niego przez łzy i przez zaciśnięte zęby. Był starszy, bardziej poszarzały, ale wciąż ten sam. Ten sam człowiek, który kiedyś obiecywał mi niebo i gwiazdy. Ten sam, który zostawił mnie w piekle.

— Dzieci są w domu? — zapytał niepewnie.

— Nie twoja sprawa — odpowiedziałam ostro. — Dla nich nie istniejesz. Dla mnie też nie powinieneś.

Poczułam jak gniew miesza się ze strachem. Przez te wszystkie lata nauczyłam się być silna. Pracowałam na dwa etaty, żeby utrzymać dom w małym miasteczku pod Krakowem. Zosia i Kuba dorastali bez ojca, a ja musiałam być dla nich wszystkim — matką, ojcem, przyjaciółką i policjantem w jednym. Ile razy płakałam nocami do poduszki, żeby rano założyć maskę uśmiechu i udawać przed dziećmi, że wszystko jest w porządku?

Jasiek wszedł do kuchni niepewnie, jakby każdy krok mógł wywołać lawinę. Usiadł na krześle przy stole, dokładnie tam, gdzie zawsze siadał do niedzielnego śniadania.

— Anka… ja… — zaczął, ale przerwałam mu gestem ręki.

— Nie chcę słuchać twoich tłumaczeń. Przez dziesięć lat nie miałeś odwagi nawet napisać listu. Myślisz, że teraz wszystko naprawisz jednym „przepraszam”?

Zamilkł. Widziałam łzy w jego oczach. Przez chwilę poczułam ukłucie współczucia, ale zaraz je stłumiłam. Nie miał prawa do moich łez.

W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i do kuchni wbiegła Zosia. Miała już siedemnaście lat i była kopią Jaśka — te same ciemne oczy, ten sam uparty podbródek.

— Mamo! Gdzie jest mój… — urwała w pół słowa, widząc go przy stole.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Czułam napięcie w powietrzu tak gęste, że można by je kroić nożem.

— To ty… — wyszeptała Zosia. — Ty jesteś tym… ojcem?

Jasiek skinął głową. Zosia odwróciła się na pięcie i wybiegła z domu trzaskając drzwiami.

Poczułam jak serce mi pęka na nowo. Kuba był u kolegi na nocowaniu — nie wiedział jeszcze nic o powrocie ojca. Bałam się jego reakcji jeszcze bardziej niż Zosi.

— Anka… ja naprawdę żałuję — powiedział Jasiek cicho. — Wiem, że nie mogę cofnąć czasu. Ale musisz wiedzieć… Ja wtedy byłem chory. Psychicznie chory. Bałem się wszystkiego: pracy, rodziny, odpowiedzialności. Uciekłem do Niemiec. Przez lata leczyłem się tam w klinice psychiatrycznej. Dopiero teraz zebrałem się na odwagę, żeby wrócić.

Siedziałam w milczeniu. Z jednej strony chciałam mu wierzyć — chciałam mieć powód do przebaczenia. Z drugiej strony czułam się zdradzona jeszcze bardziej: przez tyle lat żyliśmy w kłamstwie i niewiedzy.

Wieczorem Kuba wrócił do domu. Gdy zobaczył Jaśka w salonie, stanął jak wryty.

— Kim pan jest? — zapytał chłodno.

— Kuba… jestem twoim tatą — odpowiedział Jasiek drżącym głosem.

Kuba spojrzał na mnie pytająco. Widziałam w jego oczach ból i gniew.

— Nie mam taty — powiedział cicho i zamknął się w swoim pokoju.

Przez kolejne dni dom był pełen napięcia i niedopowiedzeń. Jasiek próbował rozmawiać z dziećmi, ale one unikały go jak ognia. Ja sama nie wiedziałam co czuję: gniew? Litość? Nadzieję?

Pewnej nocy usiadłam przy stole i zaczęłam pisać list do Jaśka. Pisałam o wszystkim: o samotności, o strachu przed przyszłością, o tym jak bardzo bolało mnie jego odejście i jak bardzo boję się jego powrotu.

Rano zostawiłam list na stole i wyszłam do pracy. Kiedy wróciłam wieczorem, Jasiek już czekał na mnie w kuchni.

— Przeczytałem twój list — powiedział cicho. — Rozumiem jeśli nigdy mi nie wybaczysz. Ale chciałem ci podziękować za to, że wychowałaś nasze dzieci na tak dobrych ludzi.

Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.

— Co teraz będzie? — zapytałam szeptem.

— Nie wiem — odpowiedział szczerze. — Ale chcę spróbować być częścią waszego życia. Nawet jeśli to potrwa lata.

Wiedziałam jedno: nic już nigdy nie będzie takie samo jak dawniej. Ale może właśnie o to chodzi? Może czasem trzeba pozwolić sobie na przebaczenie — nie dla kogoś innego, ale dla siebie?

Czasem zastanawiam się: czy można odbudować coś, co zostało tak brutalnie zniszczone? Czy serce potrafi zaufać drugi raz? Może wy wiecie lepiej ode mnie…