Dom, który miał być naszym szczęściem – jak prezent ślubny wystawił naszą miłość na próbę
– Znowu cieknie! – krzyknął Bartek, trzaskając drzwiami łazienki. Woda sączyła się spod kafelków, a ja stałam w kuchni z mokrą ścierką w ręku, czując jak narasta we mnie bezsilność. To miał być nasz dom marzeń – prezent ślubny od rodziców. Stary, przedwojenny dom na obrzeżach Krakowa, z ogrodem pełnym jabłoni i skrzypiącymi schodami. Gdy pierwszy raz przekroczyliśmy próg, czułam się jak bohaterka powieści – wszystko wydawało się możliwe.
Ale już po kilku tygodniach bajka zaczęła się sypać. Najpierw okazało się, że dach przecieka. Potem wysiadła instalacja elektryczna. Każda naprawa pochłaniała nasze oszczędności i czas, który mieliśmy spędzać na budowaniu wspólnego życia. Zamiast romantycznych wieczorów przy kominku, kłóciliśmy się o rachunki i kolejne usterki.
– Twoi rodzice chyba chcieli się tego domu pozbyć – rzucił Bartek pewnego wieczoru, kiedy po raz kolejny próbowałam dodzwonić się do taty z pytaniem o stare rury.
– Przestań! – odpowiedziałam ostro. – To był ich dom rodzinny. Myśleli, że nam pomoże.
Ale sama zaczynałam w to wątpić. Mama dzwoniła codziennie, pytając czy już „czujemy się jak u siebie”. Tata przynosił narzędzia i próbował naprawiać wszystko po swojemu, co często kończyło się jeszcze większym chaosem. Zamiast wsparcia czułam presję – żeby nie zawieść ich oczekiwań, żeby udowodnić, że damy radę.
Najgorsza była zima. Grzejniki ledwo zipały, a Bartek wracał z pracy coraz bardziej zmęczony i rozdrażniony. Ja siedziałam w kuchni w swetrze po babci i płakałam nad kolejną nieudaną próbą upieczenia chleba w starym piecu.
Pewnego wieczoru usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Bartek patrzył na mnie długo, w końcu powiedział:
– Nie tak to sobie wyobrażałem. Czuję się jak intruz we własnym domu.
Zabolało mnie to bardziej niż wszystkie awarie razem wzięte. Przecież chciałam tylko dobrze. Chciałam, żebyśmy byli szczęśliwi.
– Może powinniśmy sprzedać ten dom – powiedziałam cicho.
Bartek spojrzał na mnie zaskoczony. – Myślisz, że twoi rodzice to zaakceptują?
Nie wiedziałam. Bałam się ich reakcji, bałam się rozczarowania. Ale jeszcze bardziej bałam się, że stracimy siebie nawzajem.
Następnego dnia zadzwoniłam do mamy. Głos mi drżał:
– Mamo… my chyba nie damy rady tu mieszkać.
Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu usłyszałam:
– To nie dom jest ważny, tylko wy. Jeśli ten dom was niszczy, sprzedajcie go.
Poczułam ulgę i… smutek. Przez chwilę wydawało mi się, że zawiodłam wszystkich – rodziców, Bartka, samą siebie.
Zaczęliśmy szukać nowego mieszkania. Dom wystawiliśmy na sprzedaż. Każdego dnia żegnałam się z nim po kawałku: z ogrodem pełnym jabłek, ze skrzypiącymi schodami, z kuchnią pachnącą drożdżowym ciastem mojej babci.
W dniu wyprowadzki Bartek objął mnie mocno:
– Przepraszam za wszystko. Za to, że byłem zły…
– Ja też przepraszam – odpowiedziałam przez łzy. – Może za bardzo chciałam udowodnić wszystkim dookoła, że damy radę.
Przenieśliśmy się do małego mieszkania w bloku na Ruczaju. Było ciasno i głośno od sąsiadów, ale pierwszy raz od dawna poczułam spokój. Zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości bez ciężaru przeszłości wiszącej nad nami jak cień.
Po kilku miesiącach odwiedziliśmy rodziców na obiedzie. Tata nalał mi rosołu i powiedział:
– Dobrze zrobiliście. Dom to tylko ściany i dach. Najważniejsze jest to, co macie między sobą.
Dziś wiem, że tamten dom był tylko próbą – testem naszej miłości i wytrwałości. Nauczył mnie pokory i tego, że czasem trzeba odpuścić, żeby móc zacząć od nowa.
Czasem patrzę na stare zdjęcia z tamtego domu i zastanawiam się: czy gdybyśmy wtedy nie podjęli tej trudnej decyzji, bylibyśmy dziś razem? Czy dom może być błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie? Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla marzeń innych?