Jeden dzień, który zmienił wszystko: Spotkanie z Nikodemem pod mostem Poniatowskiego
— Proszę pani, niech mi pani nie daje pieniędzy. Proszę tylko posłuchać — usłyszałam głos spod mostu Poniatowskiego, gdy spieszyłam się do pracy. Zatrzymałam się gwałtownie, zaskoczona szczerością i desperacją w oczach mężczyzny siedzącego na kartonie. Miał na imię Nikodem. Był brudny, śmierdział alkoholem i starą kurtką, ale jego spojrzenie było czyste, niemal dziecięce.
Nie wiem, co mnie podkusiło. Może to był ten dzień, kiedy pokłóciłam się z mamą o to, że nie mam czasu na rodzinny obiad. Może to była ta cisza w domu po wyprowadzce mojego brata. A może po prostu miałam dość własnej obojętności.
— Czego pan chce? — zapytałam ostrożnie.
Nikodem spojrzał na mnie z wdzięcznością. — Chcę tylko pogadać. Przypomnieć sobie, że jestem człowiekiem.
Usiadłam obok niego na zimnym murku. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. W głowie słyszałam głos mamy: „Elżbieta, nie zadawaj się z takimi ludźmi! To niebezpieczne!”
— Ma pani dzieci? — zapytał nagle Nikodem.
— Nie — odpowiedziałam. — Ale mam rodzinę. Chociaż ostatnio coraz trudniej mi ją zrozumieć.
Nikodem uśmiechnął się smutno. — Ja też miałem rodzinę. Żonę, syna…
Zaczął opowiadać. O tym, jak stracił pracę w stoczni w Gdańsku po restrukturyzacji. Jak próbował dorabiać na budowie w Warszawie. Jak pił coraz więcej, bo nie mógł patrzeć w oczy synowi, który wstydził się ojca bez pracy. Jak żona wyrzuciła go z domu po jednej z awantur.
— Myślałem, że jak wytrzeźwieję i znajdę robotę, wszystko się ułoży. Ale nikt nie chciał zatrudnić bezdomnego pijaka. A potem już nie miałem siły próbować — mówił cicho.
Siedziałam jak zahipnotyzowana. W mojej głowie pojawiły się obrazy mojego ojca, który po utracie pracy zamknął się w sobie i przez miesiące nie wychodził z pokoju. Przypomniałam sobie kłótnie rodziców o pieniądze i ten strach przed przyszłością.
— Próbował pan wrócić do rodziny? — zapytałam.
Nikodem pokręcił głową. — Syn mnie nienawidzi. Żona powiedziała, że jeśli jeszcze raz się pojawię, zadzwoni po policję.
W jego oczach zobaczyłam łzy. Poczułam gulę w gardle.
— Przepraszam… — wyszeptałam bezradnie.
— Nie ma za co. Chciałem tylko, żeby ktoś mnie wysłuchał. Dziękuję pani — powiedział i odwrócił wzrok.
Wstałam powoli i wróciłam do codzienności. Ale tamtego dnia nic już nie było takie samo.
W pracy nie mogłam się skupić. Wciąż widziałam twarz Nikodema i słyszałam jego słowa: „Chciałem tylko pogadać”. Po południu zadzwoniła mama:
— Elżbieta, przyjedziesz dziś na obiad?
— Nie wiem… — odpowiedziałam niepewnie.
— Znowu coś się stało? — zapytała z troską.
Chciałam jej powiedzieć o Nikodemie, o tym jak łatwo można stracić wszystko przez jeden błąd, przez chwilę słabości. Ale wiedziałam, że mama tego nie zrozumie. Dla niej świat był prosty: dobrzy ludzie pracują i dbają o rodzinę, źli lądują na ulicy.
Wieczorem wróciłam pod most Poniatowskiego. Nikodema już tam nie było. Został tylko jego karton i kilka pustych puszek po piwie.
Przez kolejne dni szukałam go w okolicy. Pytałam innych bezdomnych:
— Widzieliście Nikodema?
— A po co ci on? — zapytał starszy mężczyzna z siwą brodą.
— Chciałam mu pomóc…
— Pomóc? My tu wszyscy potrzebujemy pomocy, ale nikt nas nie widzi — odpowiedział gorzko.
Zrozumiałam wtedy, jak bardzo jesteśmy ślepi na cudze cierpienie. Jak łatwo oceniamy innych przez pryzmat własnych lęków i uprzedzeń.
Wróciłam do domu i spojrzałam na siebie w lustrze. Czy naprawdę jestem lepsza od Nikodema tylko dlatego, że mam dach nad głową? Czy moja rodzina jest bezpieczna od podobnych tragedii?
Kilka dni później spotkałam Nikodema przy dworcu Centralnym. Był jeszcze bardziej wychudzony niż wcześniej.
— Dzień dobry… — zaczęłam niepewnie.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Pani tu jeszcze? Myślałem, że już pani zapomniała…
— Nie mogłam przestać o panu myśleć — powiedziałam szczerze.
Usiedliśmy razem na ławce. Tym razem to ja opowiedziałam mu o swoich problemach: o konflikcie z mamą, o samotności po wyprowadzce brata, o strachu przed przyszłością.
Nikodem słuchał uważnie. Po raz pierwszy od dawna poczułam się naprawdę wysłuchana.
— Wie pani… Każdy może skończyć tak jak ja. Wystarczy jeden zły dzień — powiedział cicho.
Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Próbowałam rozmawiać z mamą o bezdomności, o tym jak łatwo można stracić grunt pod nogami. Pokłóciłyśmy się jeszcze bardziej.
— Ty zawsze musisz pomagać obcym! A o rodzinie zapominasz! — krzyczała mama.
— Może właśnie dlatego powinniśmy pomagać innym! Bo nigdy nie wiadomo, kiedy sami będziemy potrzebować pomocy! — odpowiedziałam ze łzami w oczach.
Od tamtej pory często wracam pod most Poniatowskiego i rozmawiam z bezdomnymi. Czasem przynoszę im jedzenie albo ciepłe ubrania. Ale najważniejsze jest to, że ich słucham.
Często zastanawiam się: czy gdyby ktoś wysłuchał Nikodema wcześniej, jego życie potoczyłoby się inaczej? Ile takich historii mijamy codziennie na ulicy? Czy naprawdę jesteśmy tak różni?
Może warto czasem zatrzymać się i po prostu posłuchać drugiego człowieka? Co byście zrobili na moim miejscu?