Kiedy teściowa wprowadziła do nas swojego syna – i wszystko się zmieniło
– Nie rozumiesz, Aniu, on nie ma dokąd pójść! – głos teściowej odbijał się echem w mojej głowie jeszcze długo po tym, jak zamknęłam za nią drzwi. Stałam w kuchni, ściskając filiżankę tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Mój mąż, Tomek, patrzył na mnie z mieszaniną winy i bezradności.
– To tylko na chwilę – powiedział cicho, unikając mojego wzroku. – Michał potrzebuje pomocy.
Wiedziałam, że nie chodzi tylko o chwilę. Michał, syn teściowej z pierwszego małżeństwa, miał trzydzieści lat i od zawsze był jej oczkiem w głowie. Nigdy nie potrafił się usamodzielnić. Pracował dorywczo, mieszkał to tu, to tam, a teraz – po kolejnej kłótni z dziewczyną – miał zamieszkać z nami. W naszym dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie.
Przez pierwsze dni chodziłam jak na szpilkach. Michał rozkładał swoje rzeczy wszędzie: brudne skarpetki na kanapie, talerze po jedzeniu zostawione na stole, głośne rozmowy przez telefon do późna w nocy. Teściowa przychodziła codziennie z zakupami i radami.
– Aniu, Michał lubi jajecznicę na śniadanie. Zrób mu jutro, dobrze? – rzuciła pewnego ranka, jakby to było oczywiste.
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Czy ja jestem gosposią we własnym domu? Tomek milczał. Zawsze milczał, gdy chodziło o jego matkę. Czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Pewnego wieczoru wróciłam z pracy zmęczona i zobaczyłam Michała rozwalonego na mojej ulubionej kanapie, z pilotem w ręku i pustą pizzą na stole.
– Możesz posprzątać po sobie? – zapytałam ostrożnie.
– Spokojnie, zaraz to zrobię – odburknął nawet nie odrywając wzroku od telewizora.
Ale nie zrobił. Sprzątałam ja. Jak zawsze.
Zaczęłam unikać własnego domu. Zostawałam dłużej w pracy, chodziłam na długie spacery po parku Kabackim, byle tylko nie wracać do tego chaosu. Czułam się jak intruz we własnym życiu.
Któregoś dnia usłyszałam rozmowę teściowej z Tomkiem:
– Ania powinna być bardziej wyrozumiała. Michał jest w trudnej sytuacji.
– Wiem, mamo… Ale ona też ma swoje granice.
– Granice? Rodzina jest najważniejsza! – syknęła teściowa.
Poczułam łzy napływające do oczu. Czy naprawdę byłam taka zła? Czy moje potrzeby nic nie znaczyły?
W końcu wybuchłam. Po powrocie do domu zobaczyłam, że Michał zaprosił kolegów na imprezę bez pytania mnie o zgodę. Wszędzie butelki po piwie, głośna muzyka, śmiechy.
– Dość! – krzyknęłam tak głośno, że wszyscy zamilkli. – To jest mój dom! Mam prawo do spokoju!
Michał spojrzał na mnie z pogardą:
– Przesadzasz. Trochę luzu by ci się przydało.
Tomek próbował mnie uspokoić:
– Aniu, porozmawiajmy spokojnie…
Ale nie chciałam już rozmawiać spokojnie. Przez lata byłam cicha i grzeczna. Zawsze ustępowałam. Tym razem nie zamierzałam się cofnąć.
Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do przyjaciółki, Magdy. Siedziałyśmy do późna przy winie.
– Musisz postawić granice – powiedziała stanowczo Magda. – Inaczej zwariujesz.
Wróciłam do domu dopiero po dwóch dniach. W mieszkaniu panowała cisza. Michała nie było. Tomek siedział przy stole ze spuszczoną głową.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie powinienem był pozwolić mamie decydować za nas.
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w jego oczach strach i żal.
– Tomek… Ja już nie mogę tak żyć. Albo coś się zmieni, albo…
Nie dokończyłam zdania. Wiedziałam, że on wie, co mam na myśli.
Wieczorem przyszła teściowa. Weszła bez pukania, jak zawsze.
– Co tu się dzieje? Michał mówił, że Ania robi sceny!
Spojrzałam jej prosto w oczy:
– To jest mój dom i moje życie. Nie pozwolę już nikomu decydować za mnie.
Teściowa zacisnęła usta i wyszła bez słowa. Po raz pierwszy poczułam ulgę.
Michał wyprowadził się tydzień później do kolegi z pracy. W mieszkaniu znów zapanował spokój, ale coś we mnie się zmieniło na zawsze.
Czasem patrzę na Tomka i zastanawiam się, czy potrafi być naprawdę po mojej stronie. Czy rodzina zawsze musi oznaczać poświęcenie siebie? A może czasem trzeba wybrać siebie – nawet jeśli oznacza to rozczarowanie innych?