Mój brat przestał się do mnie odzywać, odkąd rodzice kupili mi samochód. Czy zazdrość może zniszczyć rodzinę?
— Znowu wracasz tak późno? — głos Bartka odbił się echem w kuchni, kiedy przekraczałem próg mieszkania. Nie patrzył na mnie, tylko zamaszyście kroił chleb, jakby chciał wyładować całą złość na niewinnym bochenku.
— Miałem korepetycje z matematyki, mówiłem ci — odpowiedziałem cicho, zdejmując kurtkę. Sam nie wiedziałem, czy bardziej boli mnie jego chłód, czy własna bezradność wobec tej sytuacji.
Jeszcze pół roku temu byliśmy nierozłączni. Bartek był moim starszym bratem, przewodnikiem po świecie, powiernikiem sekretów i kompanem do głupich żartów. Ale wszystko zmieniło się w dniu, w którym rodzice wręczyli mi kluczyki do używanego fiata punto. „Zasłużyłeś, synu. Ciężko pracowałeś na te wyniki w szkole” — powiedział tata z dumą. Mama płakała ze wzruszenia. Bartek tylko się uśmiechnął, ale już wtedy widziałem w jego oczach coś dziwnego — cień, którego wcześniej tam nie było.
Od tamtej pory nasze rozmowy ograniczały się do minimum. Bartek przestał pytać mnie o cokolwiek, nie chciał już razem oglądać meczów ani chodzić na spacery z psem. Zamiast tego zamykał się w swoim pokoju albo wychodził z domu bez słowa. Rodzice udawali, że nic się nie dzieje, choć atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą.
Pewnego wieczoru usłyszałem przez cienką ścianę jego rozmowę z mamą:
— Dlaczego Michał dostał samochód? Ja też miałem dobre oceny, a nigdy nie dostałem nic takiego! — Bartek nie krył rozgoryczenia.
— Synku, wtedy nie było nas stać… Teraz trochę się poprawiło… — tłumaczyła mama łamiącym się głosem.
— Jasne. Zawsze dla niego wszystko najlepsze — rzucił Bartek i trzasnął drzwiami.
Leżałem wtedy na łóżku i czułem się jak złodziej. Jakbym ukradł bratu coś więcej niż tylko szansę na samochód — jakbym zabrał mu poczucie bycia ważnym. Próbowałem z nim rozmawiać:
— Bartek, pogadamy?
— Nie mam o czym — odpowiedział beznamiętnie.
— Słuchaj, jeśli chcesz, możesz pożyczać auto. Nie mam z tym problemu.
— Nie chcę twojej litości — syknął i wyszedł z domu.
Zacząłem unikać jazdy samochodem przy nim. Chodziłem pieszo do szkoły, udawałem przed rodzicami, że wszystko jest w porządku. Ale to niczego nie zmieniało. Bartek coraz częściej wracał pijany z imprez albo znikał na całe noce. Mama płakała po kątach, tata udawał twardziela, ale widziałem jak drżą mu ręce przy śniadaniu.
W końcu doszło do wybuchu. Była sobota rano, wszyscy byliśmy w domu. Bartek wrócił nad ranem i ledwo trzymał się na nogach.
— Co ty wyprawiasz?! — krzyknął tata.
— A co cię to obchodzi? Może Michał ci powie, bo przecież teraz tylko on się liczy! — wykrzyczał Bartek i spojrzał na mnie z nienawiścią.
— Przestańcie! — wrzasnąłem. — To nie moja wina! Chciałem tylko… chciałem żebyśmy byli jak dawniej!
Bartek parsknął śmiechem:
— Jak dawniej? Ty już nie jesteś moim bratem. Jesteś ulubieńcem rodziców.
Wyszedłem wtedy z domu i długo błąkałem się po mieście. W głowie miałem mętlik: czy naprawdę jestem winny? Czy mogłem zrobić coś inaczej? Przecież nie prosiłem o ten samochód…
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Rodzice próbowali nas pogodzić, ale każda próba kończyła się kłótnią lub milczeniem. W końcu mama zachorowała — stres i napięcie odbiły się na jej zdrowiu. To był moment przełomowy.
Pewnego wieczoru usiadłem przy łóżku mamy w szpitalu. Bartek stał w kącie pokoju, skulony jak zbity pies.
— Michał… pogadajcie ze sobą… proszę… — wyszeptała mama przez łzy.
Spojrzałem na Bartka. Po raz pierwszy od miesięcy zobaczyłem w jego oczach nie złość, ale strach i smutek.
— Bartek… przepraszam cię za wszystko. Nie chciałem cię zranić. Oddam ci ten samochód, jeśli to coś zmieni…
Bartek pokręcił głową:
— To nie o samochód chodzi… Po prostu poczułem się niewidzialny. Jakbyś ty był wszystkim, a ja nikim…
Usiedliśmy razem przy łóżku mamy i długo milczeliśmy. W końcu Bartek ścisnął moją dłoń:
— Może spróbujemy jeszcze raz? Być braćmi?
Od tamtej pory powoli odbudowujemy naszą relację. To nie jest łatwe — rany są głębokie, a słowa wypowiedziane w gniewie długo bolą. Ale wiem jedno: żadna rzecz materialna nie jest warta utraty rodziny.
Czasem patrzę na kluczyki do samochodu i myślę: czy naprawdę warto było? Czy zazdrość zawsze musi wygrywać z miłością? Co wy byście zrobili na moim miejscu?