Płomień na wietrze: Spowiedź z polskiej rodziny

– Anna, nie udawaj, że nie słyszysz! – głos mojego męża, Marka, rozbrzmiał w kuchni jak trzask bicza. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, szorując talerze po obiedzie. Woda była lodowata, ale nie czułam już palców. Czułam tylko ciężar słów, które wisiały w powietrzu od tygodni.

– Słyszę cię aż za dobrze – odpowiedziałam cicho, nie odwracając się. Bałam się spojrzeć mu w oczy. Wiedziałam, że tam znajdę tylko rozczarowanie i gniew.

– To powiedz mi wreszcie: co zamierzasz zrobić? – Marek podszedł bliżej. – Bo ja już mam dość tej ciszy i udawania, że wszystko jest w porządku.

Wiedziałam, o co pyta. O nas. O to, że od miesięcy żyjemy obok siebie jak dwójka obcych ludzi. O to, że odkąd dowiedziałam się o jego zdradzie z sąsiadką, Martą, nie potrafię już spać spokojnie. Każda noc to walka z myślami, każda rozmowa to pole minowe.

– Nie wiem – wyszeptałam. – Naprawdę nie wiem.

Marek westchnął ciężko i wyszedł z kuchni trzaskając drzwiami. Zostałam sama z dźwiękiem kapania kranu i własnym bólem. Przez okno widziałam ogród, który kiedyś pielęgnowałam z dumą. Teraz chwasty rosły szybciej niż kwiaty. Tak samo jak żal i rozgoryczenie w moim sercu.

Moja teściowa, pani Zofia, mieszkała z nami od śmierci teścia. Była kobietą twardą jak skała i zimną jak lód. Nigdy mnie nie zaakceptowała. – Anna, kobieta powinna dbać o dom i męża – powtarzała przy każdej okazji. – Jakbyś była lepsza, Marek by nie szukał szczęścia gdzie indziej.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Czułam się winna, choć wiedziałam, że nie jestem jedyną odpowiedzialną za rozpad naszego małżeństwa. Ale w naszej małej miejscowości winna jest zawsze kobieta.

Moje dzieci, Ola i Tomek, wyczuwały napięcie. Ola miała siedemnaście lat i coraz częściej zamykała się w swoim pokoju. Tomek był młodszy, miał dwanaście lat i próbował rozśmieszać mnie głupimi żartami. Ale nawet on wiedział, że coś jest nie tak.

Pewnego wieczoru Ola przyszła do mnie do kuchni.

– Mamo… czy ty i tata się rozwiedziecie? – zapytała cicho.

Zamarłam z ręką na kubku herbaty. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież sama tego nie wiedziałam.

– Nie wiem, kochanie – powiedziałam szczerze. – Ale bardzo was kocham i zrobię wszystko, żebyście byli szczęśliwi.

Ola spuściła głowę i wyszła bez słowa. Zostałam sama z własnym strachem.

W pracy też nie było łatwo. Pracowałam jako księgowa w lokalnej firmie budowlanej. Szefowa, pani Barbara, była wymagająca i surowa. Często zostawałam po godzinach, żeby nadrobić zaległości. W domu czekały na mnie kolejne obowiązki: pranie, gotowanie, sprzątanie…

Czasem miałam ochotę po prostu wyjść i już nie wracać.

Pewnego dnia spotkałam Martę na rynku. Stała przy stoisku z warzywami i uśmiechała się do wszystkich szeroko jakby nic się nie stało.

– Dzień dobry, Aniu! – zawołała radośnie.

Przez chwilę miałam ochotę rzucić jej w twarz pomidorem. Ale tylko skinęłam głową i odeszłam bez słowa. Ludzie patrzyli na mnie ukradkiem. Wiedzieli wszystko – w takich miejscach plotki rozchodzą się szybciej niż ogień po suchym polu.

Wieczorem Marek wrócił późno do domu. Pachniał obcymi perfumami.

– Gdzie byłeś? – zapytałam bez ogródek.

– U kolegi – odpowiedział szybko, unikając mojego wzroku.

Nie wierzyłam mu już ani trochę.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku obok człowieka, którego kiedyś kochałam ponad życie, a teraz był dla mnie kimś obcym. Myśli kłębiły mi się w głowie: Czy powinnam odejść? Czy powinnam walczyć o rodzinę? Czy dam radę sama wychować dzieci?

Następnego dnia rano pani Zofia zaczęła swoje kazanie:

– Anna, powinnaś się bardziej starać! Marek jest zmęczony pracą, a ty tylko narzekasz!

– Może gdyby pani syn był wierny żonie, nie musiałabym narzekać – wyrwało mi się zanim zdążyłam się powstrzymać.

Teściowa spojrzała na mnie jakby chciała mnie spalić wzrokiem.

– Ty niewdzięczna…

Nie słuchałam już dalej. Wybiegłam z domu i poszłam przed siebie przez pola. Wiatr targał mi włosy, łzy płynęły po policzkach. Czułam się jak płomień na wietrze – chwiejny, bliski zgaśnięcia.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak cienie samych siebie. Marek coraz częściej znikał z domu na całe noce. Dzieci zamykały się w swoich światach. Ja trzymałam się resztek sił tylko dla nich.

Pewnego dnia Tomek przyszedł do mnie z rysunkiem: cała nasza rodzina trzymająca się za ręce pod wielkim słońcem.

– Mamo, czy tak będzie zawsze? – zapytał z nadzieją w oczach.

Nie potrafiłam odpowiedzieć.

W końcu przyszedł dzień decyzji. Marek wrócił do domu pijany i zaczął krzyczeć na wszystkich bez powodu. Ola zamknęła się w łazience i płakała. Tomek schował się pod stołem.

Wtedy poczułam coś nowego: gniew i siłę.

– Dość! – krzyknęłam tak głośno, że aż sama się przestraszyłam swojego głosu. – Albo się zmienisz, albo odchodzimy!

Marek spojrzał na mnie zdziwiony jakby pierwszy raz zobaczył we mnie człowieka.

Następne dni były najtrudniejsze w moim życiu. Marek próbował przepraszać, obiecywał poprawę… Ale ja już nie wierzyłam w jego słowa.

Złożyłam pozew o rozwód.

Teściowa wyprowadziła się do córki do Warszawy. Ola zaczęła terapię u psychologa szkolnego. Tomek coraz częściej się uśmiechał.

Było ciężko finansowo i emocjonalnie. Ludzie gadali za plecami: „Patrzcie, Anna zostawiła męża! Co za skandal!” Ale pierwszy raz od lat czułam spokój.

Dziś mija rok od tamtych wydarzeń. Siedzę przy kuchennym stole z Olą i Tomkiem. Jest cicho i spokojnie. Patrzę na swoje dzieci i wiem jedno: zrobiłam dobrze.

Czasem pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była inna – lepsza, ładniejsza, bardziej cierpliwa – wszystko potoczyłoby się inaczej?

A może czasem trzeba pozwolić płomieniowi zgasnąć… żeby narodziło się coś nowego?

Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a rodziną? Jak znaleźliście siłę?