„Nie jesteś ładna, Martyna” – jak jedno zdanie mojej mamy zniszczyło moje poczucie własnej wartości i zmieniło całe życie

– Nie jesteś ładna, Martyna. – Te słowa padły w kuchni, kiedy miałam dziewięć lat. Mama stała przy zlewie, myła ziemniaki na obiad. Ja siedziałam przy stole, bawiąc się plastikowym lalkami, które dostałam od cioci Basi na urodziny. Pamiętam, jak spojrzała na mnie przez ramię, z tym swoim zmęczonym wzrokiem. – Ale za to jesteś mądra – dodała po chwili, jakby to miało cokolwiek naprawić.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to zdanie będzie za mną chodzić przez całe życie. Wbiło się we mnie jak drzazga pod paznokciem – niewidoczna dla innych, ale bolesna przy każdym dotknięciu.

W podstawówce zaczęłam unikać zdjęć klasowych. Gdy koleżanki malowały usta błyszczykiem, ja chowałam się w łazience i udawałam, że muszę poprawić włosy. W domu słyszałam: „Nie przejmuj się wyglądem, Martynka, ważne, żebyś dobrze się uczyła”. Tata był cichy, zamknięty w sobie. Gdy próbowałam z nim rozmawiać o tym, co powiedziała mama, tylko wzruszał ramionami: „Twoja mama zawsze mówi prawdę”.

Z czasem nauczyłam się być niewidzialna. W liceum byłam tą dziewczyną od matematyki – pomagałam innym w zadaniach, ale nikt nie zapraszał mnie na imprezy. Kiedy raz odważyłam się zapytać chłopaka z klasy, czy pójdzie ze mną na studniówkę, spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział: „Nie jesteś w moim typie”.

Wróciłam wtedy do domu i zamknęłam się w łazience. Patrzyłam w lustro i powtarzałam sobie: „Nie jesteś ładna. Nie jesteś ładna”. Płakałam cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Po maturze dostałam się na psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Myślałam, że tam wszystko się zmieni – nowe miasto, nowi ludzie. Ale kompleksy przyjechały ze mną. Na pierwszym roku poznałam Olę – piękną, pewną siebie dziewczynę z Gdańska. Szybko stałyśmy się przyjaciółkami. Ola ciągle powtarzała mi: „Martyna, masz piękne oczy! Dlaczego nigdy się nie malujesz?”. Uśmiechałam się tylko i zmieniałam temat.

Pewnego wieczoru siedziałyśmy razem w akademiku. Ola przeglądała Instagrama i nagle zapytała:
– Martyna, czemu nigdy nie wrzucasz swoich zdjęć?
– Bo nie lubię siebie na zdjęciach – odpowiedziałam szczerze.
– Ale przecież jesteś śliczna! – zaoponowała.
Poczułam gulę w gardle. Chciałam jej powiedzieć o mamie, o tamtym dniu w kuchni… ale nie potrafiłam.

Zaczęłam obsesyjnie pracować nad sobą – dieta, siłownia, makijażowe tutoriale na YouTube. Chciałam udowodnić sobie (i mamie), że jednak mogę być ładna. Kiedy po roku wróciłam do domu na święta i usłyszałam od babci: „Ale Martynka wypiękniała!”, poczułam coś dziwnego – ulgę pomieszaną z gniewem.

Wieczorem siedziałam z mamą przy stole. Zapytała:
– Co ty tak schudłaś? Wszystko w porządku?
– Tak… Po prostu chciałam coś zmienić.
– No dobrze… Ale pamiętaj, żeby nie przesadzić. Wygląd to nie wszystko.

Znowu to samo. Nigdy nie usłyszałam od niej: „Jesteś piękna”. Nawet kiedy bardzo się starałam.

Na trzecim roku studiów poznałam Michała. Był czuły i zabawny, mówił mi komplementy, których nie umiałam przyjąć. Kiedy pierwszy raz powiedział: „Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie”, roześmiałam się nerwowo.
– Przestań żartować – rzuciłam.
– Nie żartuję! – odpowiedział poważnie.
Ale ja nie potrafiłam mu uwierzyć.

Zaczęliśmy się spotykać. Michał był cierpliwy, ale widziałam, że czasem go ranię swoim brakiem wiary w siebie. Pewnego dnia wybuchł:
– Martyna! Ile razy mam ci powtarzać, że jesteś piękna? Dlaczego mi nie wierzysz?
Zamilkłam. Nie umiałam mu odpowiedzieć.

Po tej kłótni długo płakałam. Zrozumiałam wtedy, że przez jedno zdanie mojej mamy nie potrafię przyjąć miłości ani akceptacji od nikogo – nawet od siebie samej.

Postanowiłam pójść na terapię. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Siedząc naprzeciwko pani psycholog, pierwszy raz wypowiedziałam na głos:
– Moja mama powiedziała mi kiedyś, że nie jestem ładna…
I wtedy pękła we mnie tama. Opowiedziałam o wszystkim – o zdjęciach klasowych, o studniówce, o tym, jak próbowałam zasłużyć na miłość przez osiągnięcia i wygląd.

Terapia trwała dwa lata. Powoli zaczęłam rozumieć, że to nie ja byłam problemem – tylko słowa mojej mamy i jej własne lęki przeniesione na mnie. Zaczęłam patrzeć na siebie łagodniej. Uczyłam się mówić do siebie dobre rzeczy: „Jesteś wystarczająca”, „Jesteś ważna”.

Po latach odwagi zebrałam się na rozmowę z mamą. Siedziałyśmy razem przy stole – tym samym co zawsze.
– Mamo… Pamiętasz, jak powiedziałaś mi kiedyś, że nie jestem ładna?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Naprawdę to pamiętasz? Przecież to było dawno…
– Pamiętam bardzo dobrze. To mnie bardzo zraniło.
Mama spuściła wzrok.
– Nie chciałam ci zrobić krzywdy… Chciałam tylko… żebyś była silna. Żebyś nie polegała na wyglądzie tak jak ja kiedyś…
W jej oczach zobaczyłam łzy.
– Przepraszam cię, Martynko…

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam już wtedy, że wybaczenie to proces – i że czasem trzeba wybaczyć komuś dla samej siebie.

Dziś mam trzydzieści dwa lata. Pracuję jako psycholożka dziecięca i codziennie widzę dzieci z podobnymi ranami jak moja. Staram się być dla nich tym głosem wsparcia, którego sama tak bardzo potrzebowałam.

Czasem patrzę w lustro i widzę tamtą małą Martynkę z lalkami przy kuchennym stole. Chciałabym ją przytulić i powiedzieć: „Jesteś piękna taka, jaka jesteś”.

Czy można naprawdę wybaczyć bliskim tak głębokie rany? Czy da się pokochać siebie mimo wszystkiego? Może właśnie o to chodzi w dorosłości – żeby nauczyć się być dla siebie tym rodzicem, którego zabrakło.