„Czy można zaufać ludziom, których wpuszczasz do swojego życia? Moja historia wynajmu, która zmieniła wszystko”

– Pani Aniu, niech nam pani jeszcze da miesiąc… Prosimy, naprawdę nie mamy gdzie się podziać – głos Magdy drżał, a jej oczy błyszczały łzami. Stała w moim przedpokoju, ściskając dłonie, a za nią, z opuszczoną głową, stał Tomek.

Patrzyłam na nich i czułam, jak narasta we mnie gniew, ale i bezsilność. Przez osiem lat byli moimi najemcami. Oboje przyjechali do Warszawy z małego miasteczka pod Radomiem. On – mechanik w warsztacie na Pradze, ona – sprzedawczyni w sklepie z odzieżą w centrum handlowym. Wynajmowałam im dwupokojowe mieszkanie na Bródnie. Dochód z tego wynajmu pozwalał mi spłacać kredyt za własne mieszkanie i jeszcze zostawało na życie. Nigdy nie byliśmy sobie bliscy, ale zawsze mieliśmy poprawne relacje. Płacili na czas, nie robili problemów. Czasem wymienialiśmy kilka zdań przez telefon, czasem spotykaliśmy się przy podpisywaniu umowy.

Wszystko zaczęło się psuć pół roku temu. Najpierw Tomek stracił pracę – warsztat splajtował. Magda próbowała utrzymać ich oboje ze swojej pensji, ale wiadomo, jak to jest – czynsz, rachunki, jedzenie… Zaczęły się opóźnienia w płatnościach. Najpierw tydzień, potem dwa, potem miesiąc. Przymknęłam oko raz, drugi raz. W końcu zadzwoniłam:

– Magda, musimy porozmawiać. Nie mogę dłużej czekać na pieniądze.

– Pani Aniu, przepraszam… Tomek szuka pracy, ja biorę nadgodziny… Proszę jeszcze trochę cierpliwości.

Zgodziłam się. Sama pamiętałam czasy, kiedy byłam młoda i ledwo wiązałam koniec z końcem. Ale rachunki nie poczekają. W końcu sama zaczęłam mieć problemy – bank upominał się o raty kredytu.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja córka, Ola:

– Mamo, może już czas sprzedać to mieszkanie? Ciągle tylko stresujesz się tymi najemcami.

– Ola, to mój jedyny dochód poza emeryturą! Co mam zrobić?

– Może powinnaś ich po prostu wyrzucić? Przecież to twoje mieszkanie.

Wiedziałam, że Ola ma rację. Ale kiedy patrzyłam na Magdę i Tomka, widziałam w nich siebie sprzed lat – zagubionych, przestraszonych, próbujących jakoś przetrwać w wielkim mieście.

W końcu przyszedł ten dzień. Zadzwoniłam do nich i powiedziałam:

– Musicie się wyprowadzić do końca miesiąca. Przykro mi.

Magda rozpłakała się przez telefon. Tomek milczał. Przez kolejne tygodnie unikali mnie jak ognia. Wysyłałam SMS-y z przypomnieniami o zaległościach. Odpowiadali krótko: „Szukamy czegoś”, „Jeszcze chwila”.

Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie sąsiadka z tamtego bloku:

– Pani Aniu, coś się dzieje u państwa najemców. Słychać krzyki.

Pojechałam tam natychmiast. Drzwi otworzył mi Tomek – blady, z podkrążonymi oczami.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– Tak… Magda jest trochę zdenerwowana…

Weszłam do środka. W powietrzu czuć było napięcie i… alkohol? Magda siedziała na kanapie i płakała.

– Pani Aniu… ja już nie mam siły…

Usiadłam obok niej. Przez godzinę słuchałam jej żali – o tym, jak Tomek nie może znaleźć pracy, jak ona boi się wracać do domu po zmroku, jak rodzina w miasteczku odwróciła się od nich („Po co wyjeżdżaliście do tej Warszawy?!”), jak nie mają już nawet na jedzenie.

– Magda… – zaczęłam ostrożnie – Może powinniście wrócić do rodziców?

– Nie mamy dokąd! Mama powiedziała, że nie ma miejsca…

Wyszłam stamtąd roztrzęsiona. Przez całą noc nie mogłam spać. Z jednej strony miałam własne zobowiązania finansowe i presję ze strony córki („Mamo, nie możesz być naiwna!”), z drugiej – poczucie winy i współczucia dla tych dwojga młodych ludzi.

W końcu postanowiłam: dam im jeszcze miesiąc. Zadzwoniłam do Magdy:

– Macie czas do końca przyszłego miesiąca. Potem naprawdę muszę odzyskać mieszkanie.

Byli wdzięczni, ale wiedziałam już wtedy, że to tylko odwlekanie nieuniknionego.

Ostatniego dnia miesiąca przyszli oddać klucze. Magda była blada jak ściana.

– Dziękujemy za wszystko… Przepraszamy za kłopoty…

Tomek tylko skinął głową i wyszedł bez słowa.

Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Rozejrzałam się po pokoju – na stole leżała kartka: „Przepraszamy”.

Przez kolejne dni miałam wyrzuty sumienia. Czy mogłam zrobić coś więcej? Czy powinnam była być twardsza? A może bardziej wyrozumiała?

Dziś minęło już kilka miesięcy od tamtych wydarzeń. Mieszkanie stoi puste – boję się znów wynająć je komuś obcemu. Córka mówi: „Mamo, musisz myśleć o sobie”. Ale czy naprawdę można tak po prostu zamknąć serce na cudzą krzywdę?

Czasem zastanawiam się: czy gdybym była na ich miejscu, ktoś podałby mi rękę? Czy w dzisiejszych czasach jeszcze potrafimy być dla siebie ludźmi?