W środku nocy, z walizką i dziećmi: Moje życie zaczęło się od nowa
– Mamo, dlaczego nie śpimy? – szeptała Zosia, tuląc się do mnie w ciemnym korytarzu. Trzymałam ją za rękę, a drugą obejmowałam Kacpra, który próbował nie płakać. Była trzecia nad ranem. W mieszkaniu panowała cisza, tylko zza ściany dochodziło chrapanie mojego męża, Pawła. W głowie miałam tylko jedno: jeśli teraz nie wyjdę, już nigdy nie będę miała odwagi.
Przez lata żyłam w przekonaniu, że wszystko można naprawić. Że jeśli będę cichsza, bardziej wyrozumiała, to Paweł przestanie się złościć. Ale jego gniew rósł z każdym miesiącem. Najpierw były tylko krzyki, potem trzaskanie drzwiami, aż w końcu pojawiły się pierwsze uderzenia. Najgorsze było to, że dzieci widziały wszystko. Zosia zaczęła jąkać się ze strachu, Kacper moczył się w nocy. A ja? Udawałam przed światem, że wszystko jest w porządku.
Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy poprosiłam o pomoc moją matkę. „Agnieszka, przesadzasz. Każdy ma czasem trudniej w małżeństwie. Musisz być silna dla dzieci” – usłyszałam. Poczułam wtedy, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg ziemię. Moja własna matka nie chciała zobaczyć prawdy.
Tamtej nocy spakowałam jedną walizkę. Kilka ubrań dla dzieci, dokumenty, trochę pieniędzy schowanych przez miesiące w starej puszce po herbacie. Serce waliło mi jak młotem. Bałam się każdego dźwięku – skrzypienia podłogi, szelestu kurtki. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, miałam wrażenie, że już nigdy nie wrócę do tego mieszkania.
Szliśmy przez puste ulice Warszawy. Dzieci były cicho, jakby wyczuwały powagę sytuacji. Dotarliśmy do nocnego autobusu. Kierowca spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedział. Wysiadłam przy domu mojej przyjaciółki, Magdy. To ona otworzyła mi drzwi bez słowa i przytuliła mnie tak mocno, że pierwszy raz od miesięcy poczułam się bezpieczna.
Następne tygodnie były jak koszmar na jawie. Magda miała małe mieszkanie i dwójkę własnych dzieci. Spałyśmy z Zosią i Kacprem na materacu w kuchni. Każdego ranka budziłam się z lękiem – czy Paweł nas znajdzie? Czy będzie próbował odebrać mi dzieci? Czy dam radę utrzymać nas wszystkich?
Zaczęły się telefony od rodziny. „Co ty wyprawiasz?”, „Wróć do Pawła, dzieci potrzebują ojca!”, „Robisz z siebie ofiarę” – słyszałam niemal codziennie. Nawet mój brat, który zawsze był moim powiernikiem, powiedział: „Aga, może przesadzasz? Może on się zmieni?” Nikt nie rozumiał, że ja już nie miałam siły czekać na cud.
Znalazłam pracę w sklepie spożywczym na drugim końcu miasta. Codziennie wstawałam o piątej rano, żeby zdążyć na autobus i odprowadzić dzieci do przedszkola. Często nie miałam pieniędzy na bilet ani na obiad dla siebie. Zdarzało się, że przez cały dzień jadłam tylko suchą bułkę i piłam wodę z kranu.
Najgorsza była samotność. Wieczorami patrzyłam na śpiące dzieci i płakałam po cichu do poduszki. Czułam się nikim – porzuconą przez rodzinę, bezdomną kobietą z dwójką dzieci i jedną walizką wspomnień. Magda była dla mnie wsparciem, ale wiedziałam, że nie mogę wiecznie mieszkać u niej na podłodze.
Po kilku miesiącach udało mi się wynająć pokój w starej kamienicy na Pradze. Było tam zimno i wilgotno, ale mieliśmy własny kąt. Dzieci zaczęły się uśmiechać coraz częściej. Zosia przestała się jąkać, a Kacper zaczął przesypiać całe noce.
Paweł próbował mnie odnaleźć. Przychodziły listy z pogróżkami, czasem dzwonił z obcych numerów i groził mi sądem o odebranie dzieci. Bałam się każdego dnia, ale wiedziałam już, że nie wrócę do niego nigdy.
Najtrudniejsze były święta Bożego Narodzenia. Siedzieliśmy przy małym stole – ja i dzieci – jedliśmy barszcz z torebki i pierogi kupione na promocji w Biedronce. Zosia zapytała: „Mamo, czy tata nas jeszcze kocha?” Nie umiałam odpowiedzieć.
Po roku zaczęłam powoli odzyskiwać równowagę. Dostałam lepszą pracę w bibliotece osiedlowej. Poznałam ludzi, którzy nie oceniali mnie przez pryzmat przeszłości. Zaczęłam wierzyć, że mogę być dobrą matką i kobietą niezależną od nikogo.
Dziś minęły trzy lata od tamtej nocy. Dzieci są szczęśliwe – Zosia gra na skrzypcach w szkolnej orkiestrze, Kacper marzy o zostaniu strażakiem. Ja nauczyłam się ufać sobie i swoim decyzjom.
Czasem jednak budzę się w środku nocy i pytam siebie: czy każda kobieta znalazłaby w sobie tyle siły? Czy gdybym wtedy została – byłabym jeszcze sobą?
Może właśnie o to chodzi – żeby mimo strachu zrobić pierwszy krok ku wolności.