Matka na rozdrożu: Jak prawie wszystko straciłam dla syna – i dla siebie

– Nie rozumiesz, Aniu! To nie jest tylko twoja decyzja! – Piotr krzyczał z kuchni, trzaskając szufladą tak mocno, że aż podskoczyłam na krześle. W dłoniach ściskałam list od notariusza, który jeszcze rano wydawał się być zwykłym papierkiem, a teraz palił mnie w palcach jak rozżarzony węgiel.

To był zwyczajny marcowy poranek, kiedy dowiedziałam się o spadku po mojej ciotce z Gdańska. Nikt się tego nie spodziewał – nawet ja nie utrzymywałam z nią bliskiego kontaktu. Ale nagle okazało się, że jestem właścicielką mieszkania w centrum miasta. Mieszkania, które mogło odmienić nasze życie. I właśnie wtedy wszystko zaczęło się sypać.

Piotr miał już dwójkę dorosłych dzieci z poprzedniego małżeństwa – Agnieszkę i Michała. Zawsze starałam się być dla nich dobrą macochą, choć nigdy nie czułam się w pełni akceptowana. Nasz wspólny syn, Mateusz, był moim oczkiem w głowie. Od lat walczyłam o jego szczęście i bezpieczeństwo, zwłaszcza odkąd zaczął mieć problemy w szkole. Piotr często powtarzał, że jestem nadopiekuńcza, ale nie rozumiał, jak bardzo boję się o Mateusza.

Kiedy powiedziałam rodzinie o spadku, Piotr od razu zaczął planować, jak wykorzystać mieszkanie. – Sprzedamy je i podzielimy pieniądze między wszystkie dzieci – oznajmił przy kolacji. Agnieszka i Michał spojrzeli na mnie z wyczekiwaniem, jakby to było oczywiste. Tylko Mateusz spuścił wzrok na talerz.

– To mieszkanie jest po mojej stronie rodziny – próbowałam tłumaczyć spokojnie. – Chciałam je zostawić Mateuszowi. On najbardziej tego potrzebuje.

– A nasze dzieci to co? Gorsze? – Agnieszka od razu podniosła głos. – Zawsze faworyzujesz Mateusza!

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Przez lata starałam się być sprawiedliwa, ale nigdy nie byłam dla nich prawdziwą matką. Zawsze byłam tą drugą. Teraz miałam szansę zrobić coś dobrego dla własnego syna – czy to naprawdę było takie złe?

Wieczorem Piotr wrócił do tematu. – Aniu, musisz zrozumieć, że rodzina to całość. Nie możesz dzielić dzieci na swoje i moje.

– Ale ty sam tak robisz! – wybuchłam. – Kiedy Michał miał problemy z pracą, od razu mu pomogłeś. Kiedy Agnieszka potrzebowała pieniędzy na studia, nie zastanawiałeś się ani chwili! A ja? Ja mam tylko Mateusza!

Piotr spojrzał na mnie z wyrzutem. – To nieprawda. Po prostu chcę być sprawiedliwy.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez ścianę cichy płacz Mateusza. Poszłam do niego i usiadłam na brzegu łóżka.

– Mamo, czy ja naprawdę jestem gorszy od Agnieszki i Michała? – zapytał cicho.

Serce mi pękło. Przytuliłam go mocno.

– Nigdy tak nie myśl. Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie.

Następne dni były pełne napięcia. Agnieszka zaczęła mnie unikać, Michał rzucał kąśliwe uwagi przy każdej okazji. Piotr coraz częściej wychodził z domu bez słowa. Czułam się jak intruz we własnym domu.

W pracy też nie było lepiej. Szefowa zauważyła moją rozkojarzoną minę i zapytała:

– Wszystko w porządku?

Chciałam odpowiedzieć „tak”, ale łzy napłynęły mi do oczu.

– Mam wrażenie, że tracę rodzinę…

Szefowa pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Czasem trzeba zawalczyć o siebie. Nawet jeśli to boli.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

W końcu przyszedł dzień decyzji. Piotr poprosił mnie o rozmowę przy stole kuchennym.

– Aniu, musimy ustalić, co robimy z mieszkaniem. Dzieci czekają na odpowiedź.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Chcę zostawić mieszkanie Mateuszowi. On najbardziej tego potrzebuje. Ty możesz podzielić swoje oszczędności między Agnieszkę i Michała, jeśli chcesz być sprawiedliwy.

Piotr milczał przez chwilę.

– Jeśli tak zdecydujesz… musisz wiedzieć, że to może nas podzielić na zawsze.

Poczułam zimny dreszcz na plecach.

– Już jesteśmy podzieleni – wyszeptałam.

Tamtego wieczoru spakowałam kilka rzeczy i zabrałam Mateusza do mieszkania po ciotce w Gdańsku. Było puste i zimne, ale przynajmniej nasze.

Pierwsze tygodnie były trudne. Mateusz tęsknił za ojcem, ja za dawnym życiem. Ale powoli zaczęliśmy budować coś nowego – własny dom, własne zasady.

Czasem zastanawiam się, czy postąpiłam słusznie. Czy mogłam uratować rodzinę? Czy egoizm matki jest grzechem? A może czasem trzeba wybrać siebie i swoje dziecko, nawet jeśli świat tego nie rozumie?