Kiedy dom przestaje być domem: Opowieść o odejściu, którego nie było

— Darek, proszę cię, powiedz mi to w oczy — mój głos drżał, a dłonie ściskały karton z napisem „Kuchnia”. Wokół mnie piętrzyły się pudła, a echo pustego mieszkania odbijało się od ścian. To miał być nasz nowy początek. Nasz dom. Ale on stał w drzwiach, z opuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę.

— Nie mogę, Anka… Po prostu nie mogę jej tego zrobić — wyszeptał.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Przecież przez miesiące planowaliśmy ten dzień. Wybieraliśmy farby do ścian, meble, nawet zasłony. Wszystko miało być nasze. Ale teraz zostałam sama z kartonami i ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.

Usiadłam na podłodze i pozwoliłam łzom płynąć. Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z jego matką. Pani Halina od początku patrzyła na mnie z rezerwą. „Darek to mój jedyny syn”, powtarzała przy każdej okazji. „On ma tu wszystko, czego potrzebuje.” Próbowałam ją przekonać, że nie chcę jej go zabierać, tylko stworzyć z nim coś własnego. Ale ona zawsze znajdowała sposób, by postawić między nami mur.

— Aniu, rozumiesz… Mama jest sama od śmierci taty. Nie mogę jej zostawić — tłumaczył mi Darek setki razy. — Ona sobie nie poradzi.

— A ja? Ja sobie poradzę? — pytałam wtedy, ale on tylko wzdychał i milczał.

Przez ostatnie tygodnie żyliśmy na walizkach — dosłownie i w przenośni. Każda decyzja była walką: czy Darek zostanie na noc u mnie, czy wróci do mamy; czy pojedziemy razem na weekend, czy zostanie, bo „mama źle się czuje”. Czułam się jak intruz we własnym życiu.

Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez przypadek. Stałam w korytarzu jego rodzinnego domu i słyszałam cichy płacz pani Haliny.

— Synku, nie zostawiaj mnie… Ja już nikogo nie mam…

Darek próbował ją uspokoić, ale w jego głosie słyszałam bezradność. Wtedy poczułam pierwszy raz prawdziwy gniew — nie na nią, ale na niego. Bo to on powinien był postawić granicę.

Wróciłam do mieszkania i zaczęłam pakować swoje rzeczy. Chciałam mu pokazać, że potrafię odejść. Ale kiedy przyszedł rano z kwiatami i przeprosinami, znów mu wybaczyłam. Bo przecież kochałam go całym sercem.

A teraz siedziałam sama wśród pudeł i czułam się jak idiotka.

Telefon zadzwonił. To była moja mama.

— Aniu? Jak tam przeprowadzka?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Zamiast tego wybuchłam płaczem.

— Córeczko… — jej głos był ciepły i pełen troski. — Może powinnaś wrócić do domu na kilka dni? Odpoczniesz, przemyślisz wszystko.

Przez chwilę rozważałam tę propozycję. Ale wiedziałam, że jeśli wrócę do rodzinnego domu, to będzie jak przyznanie się do porażki.

Zadzwoniłam do przyjaciółki.

— Ola, on nie przyszedł… Zostawił mnie samą z tym wszystkim.

— Anka! Ile jeszcze będziesz na niego czekać? On nigdy nie odetnie tej pępowiny! — krzyczała przez telefon. — Musisz pomyśleć o sobie!

Ale jak myśleć o sobie, kiedy całe życie uczono mnie poświęcenia? Mama zawsze powtarzała: „Rodzina jest najważniejsza”. Ale czyja rodzina? Moja czy jego?

Wieczorem Darek przyszedł do mieszkania. Stał w progu z oczami pełnymi łez.

— Przepraszam… Ja po prostu nie umiem inaczej…

— To znaczy jak? — zapytałam chłodno. — Nie umiesz być mężem? Nie umiesz być dorosły?

Milczał długo. W końcu usiadł obok mnie na podłodze.

— Boję się… Boję się, że jak odejdę od mamy, ona sobie coś zrobi…

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

— A ja? Ja już się dla ciebie nie liczę?

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł bez słowa.

Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Praca przestała mieć znaczenie. Znajomi dzwonili, ale nie miałam siły rozmawiać. Każdego wieczoru patrzyłam na puste łóżko i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd.

Pewnego dnia zadzwoniła pani Halina.

— Aniu… Może byś przyszła na obiad? Darek jest taki smutny…

Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu.

— Pani Halino, ja już nie wiem, co mam robić… — wyszeptałam.

Po tej rozmowie poczułam ulgę. Po raz pierwszy od dawna powiedziałam prawdę.

Minął tydzień. Darek nie dzwonił. Ja zaczęłam powoli rozpakowywać pudła — sama. Każda rzecz miała teraz inne znaczenie. Każdy talerz był symbolem samotności, ale też nowego początku.

Któregoś wieczoru usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i spojrzałam na miasto. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: dom to nie miejsce ani osoba obok. Dom to poczucie bezpieczeństwa w sobie samym.

Darek wrócił po dwóch tygodniach. Przyniósł walizkę i spojrzał mi prosto w oczy.

— Chcę spróbować jeszcze raz… Ale muszę to zrobić po swojemu.

Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam już, że nie mogę być jego terapeutką ani matką zastępczą dla jego matki.

— Darek… Jeśli chcesz być ze mną, musisz najpierw nauczyć się być sobą — powiedziałam cicho.

Nie wiem, co będzie dalej. Może się uda, a może nie. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu decydować za mnie o moim szczęściu.

Czy naprawdę można kochać kogoś tak bardzo, żeby zapomnieć o sobie? A może czasem trzeba wybrać siebie — nawet jeśli oznacza to samotność?