Kiedy teściowa powiedziała: „To co, bierzemy kredyt?” – a ja byłam niewidzialna. Moja historia powrotu do mamy
– To co, bierzemy kredyt? – głos teściowej rozciął ciszę jak nóż. Siedziałam przy stole w kuchni, dłubiąc widelcem w zimnej już zupie pomidorowej. Piotr patrzył na mnie przelotnie, jakby czekał na moją reakcję, ale nie odezwał się ani słowem.
Byłam niewidzialna. Znowu. Jakby mnie tu nie było, jakbym była tylko dodatkiem do życia mojego męża i jego rodziców. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, rzucić talerzem o ścianę, ale tylko zacisnęłam dłonie na kolanach i spuściłam wzrok.
– No, Piotruś, przecież mówiłeś, że to dobry moment – ciągnęła teściowa, nie patrząc nawet w moją stronę. – Banki teraz dają dobre warunki, a mieszkanie na naszym osiedlu się zwolniło. Jak się pospieszymy, to zdążymy przed wakacjami.
– Tak, mamo – wymamrotał Piotr. – Musimy to przemyśleć.
– Co tu myśleć? – wtrącił się teść, odkładając gazetę. – Młodzi muszą mieć swoje! A jak nie teraz, to kiedy?
Chciałam coś powiedzieć, zapytać: „A mnie ktoś zapytał?” Ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Od miesięcy czułam się jak cień w tym domu. Kiedyś myślałam, że miłość wszystko zwycięży. Że Piotr będzie moim oparciem. Ale od ślubu minął ledwie rok, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że tęsknię za swoim dawnym życiem.
Wszystko zaczęło się tak niewinnie. Poznałam Piotra na uczelni – był cichy, trochę nieśmiały, ale miał w sobie coś, co mnie przyciągało. Po kilku miesiącach znajomości oświadczył mi się w parku pod starym dębem. Byłam szczęśliwa. Moja mama płakała ze wzruszenia na naszym ślubie, tata ściskał mi rękę tak mocno, że aż zabolało.
Nie mieliśmy pieniędzy na własne mieszkanie, więc zamieszkaliśmy u jego rodziców w trzypokojowym bloku na Pradze. Myślałam: „To tylko na chwilę”. Ale chwila zamieniła się w miesiące.
Na początku starałam się być miła. Pomagałam w kuchni, sprzątałam po wszystkich, nawet gotowałam obiady według przepisów teściowej. Ale ona zawsze znajdowała coś do poprawki.
– Zupa za słona – mówiła z uśmiechem. – A ziemniaki rozgotowane.
Piotr milczał. Czasem próbował mnie pocieszać wieczorami:
– Daj spokój, mama zawsze taka była. Przejdzie jej.
Ale nie przechodziło. Z każdym tygodniem czułam się coraz bardziej obca we własnym domu. Teściowa podejmowała wszystkie decyzje: co jemy na obiad, kiedy robimy pranie, nawet gdzie pojedziemy na wakacje.
Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy z Piotrem w naszym małym pokoju, a zza ściany dochodziły głosy rodziców:
– Ona nic nie robi całymi dniami! – szeptała teściowa.
– Przesadzasz – odpowiadał teść.
– A Piotruś taki zmęczony wraca z pracy…
Czułam się jak intruz. Nawet kiedy próbowałam rozmawiać z Piotrem o naszych planach na przyszłość, on tylko wzruszał ramionami:
– Teraz nie czas na zmiany. Musimy poczekać.
Aż nadszedł ten dzień z kredytem. Poczułam wtedy coś dziwnego – jakby ktoś zgasił we mnie ostatnią iskrę nadziei.
Wieczorem zadzwoniłam do mamy.
– Mamo…
– Co się stało, kochanie?
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się do słuchawki.
– Nie mogę już tu być… Oni decydują o wszystkim… Nawet o tym, czy mam brać kredyt!
Mama milczała przez chwilę.
– Przyjedź do mnie. Zawsze możesz wrócić do domu.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Piotr leżał obok i przewracał się z boku na bok.
– O co ci chodzi? – zapytał w końcu zirytowany.
– Czuję się tu obco… Twoja mama traktuje mnie jak powietrze…
– Przesadzasz! Ona chce dla nas dobrze!
– Ale ja też mam coś do powiedzenia! To moje życie!
Piotr tylko westchnął i odwrócił się do ściany.
Następnego dnia spakowałam walizkę. Wyszłam z mieszkania bez słowa. Teściowa patrzyła na mnie zdziwiona:
– Gdzie idziesz?
– Do mamy – odpowiedziałam cicho.
Nie zatrzymała mnie. Nawet nie próbowała.
Mama przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Przez pierwsze dni spałam po dwanaście godzin na dobę – byłam wykończona psychicznie i fizycznie.
Piotr dzwonił kilka razy. Najpierw prosił, żebym wróciła. Potem zaczął mieć pretensje:
– Jak mogłaś zostawić wszystko? Co powiem rodzicom?
Ale ja już wiedziałam: nie chcę wracać do tamtego życia.
Znalazłam pracę w małej księgarni niedaleko domu mamy. Codziennie rano budziłam się z uczuciem ulgi – nikt nie oceniał mnie za to, jak gotuję albo kiedy robię pranie. Wieczorami siadałyśmy z mamą przy herbacie i rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim i o niczym.
Czasem nachodziły mnie wyrzuty sumienia: czy powinnam była walczyć bardziej? Czy może to ja byłam zbyt słaba?
Ale potem przypominałam sobie tamte wieczory pełne milczenia i poczucia winy. I wiedziałam, że zrobiłam dobrze.
Po kilku miesiącach Piotr przyszedł pod mój blok. Stał tam długo, zanim zeszłam na dół.
– Chciałem ci powiedzieć… Mama żałuje tego wszystkiego – zaczął niepewnie.
Popatrzyłam mu w oczy i zobaczyłam w nich smutek i zagubienie.
– A ty? – zapytałam cicho.
Nie odpowiedział od razu.
– Chciałem być dobrym synem… Ale chyba zapomniałem być dobrym mężem.
Rozstaliśmy się bez łez i bez krzyków. Każde poszło swoją drogą.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba mieć odwagę odejść, żeby odnaleźć siebie na nowo. Czy naprawdę musimy poświęcać własne szczęście dla cudzych oczekiwań? A może najważniejsze jest to, by umieć powiedzieć „dość” zanim zatracimy siebie całkowicie?