Mama oddała nam jedyny dom, a żona zamieniła moje życie w piekło — jak poznałem jej prawdziwe oblicze po ślubie
— Ty nigdy nie rozumiesz, czego ja potrzebuję! — krzyknęła Marta, trzaskając drzwiami naszej sypialni. Stałem w kuchni z kubkiem zimnej już kawy i patrzyłem na ścianę, jakby tam miała się pojawić odpowiedź na wszystkie moje pytania. To był kolejny wieczór pełen kłótni, wzajemnych pretensji i wyrzutów. A przecież jeszcze rok temu byłem przekonany, że wreszcie spotkałem kobietę, z którą będę szczęśliwy.
Nigdy nie byłem bogaty, nie nosiłem markowych ubrań ani nie jeździłem luksusowymi samochodami. Wychowałem się w zwykłej robotniczej rodzinie w Łodzi. Tata zmarł, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, i od tamtej pory mama ciągnęła nas oboje — mnie i moją młodszą siostrę — jak tylko mogła. Pracowała na dwie zmiany w fabryce tekstylnej, a wieczorami szyła ubrania dla sąsiadek, żebyśmy mieli na chleb i zeszyty do szkoły. Mieszkanie na Bałutach było naszym jedynym majątkiem i azylem.
Kiedy poznałem Martę, wydawało mi się, że los się do mnie uśmiechnął. Była piękna, pewna siebie i miała plany na przyszłość. Pracowała jako księgowa w dużej firmie transportowej. Zaimponowała mi swoją zaradnością i tym, że potrafiła postawić na swoim. Moja mama od razu ją polubiła — „Wreszcie ktoś cię doceni”, mówiła z uśmiechem. Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo się myli.
Po ślubie wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw były drobne uwagi: że nasze mieszkanie jest za małe, że meble są stare, że powinniśmy mieć lepszy samochód. Marta coraz częściej wracała do domu późno, tłumacząc się nadgodzinami. Ja pracowałem jako technik w szkole zawodowej i nie miałem szans na szybki awans ani podwyżkę. Czułem się coraz bardziej bezradny.
Pewnego dnia mama zaproponowała nam coś, co miało być początkiem nowego życia: „Oddam wam mieszkanie. Ja przeniosę się do siostry na wieś. Wy młodzi powinniście mieć własny kąt.” Nie chciałem się zgodzić — przecież to był jej dom! Ale Marta była zachwycona: „To świetny pomysł! Wreszcie będziemy mogli zrobić remont i urządzić wszystko po swojemu.”
Mama spakowała swoje rzeczy i wyjechała. Przez pierwsze tygodnie Marta była w euforii — planowała nowe kolory ścian, wybierała meble z katalogów i przeglądała ogłoszenia o sprzedaży samochodów. Ja próbowałem nadążyć za jej marzeniami, choć wiedziałem, że nas na to nie stać.
Z czasem zaczęły się pojawiać kolejne problemy. Marta coraz częściej wyjeżdżała służbowo — przynajmniej tak mówiła. Wracała zmęczona i rozdrażniona. Coraz mniej rozmawialiśmy, a kiedy już dochodziło do rozmowy, kończyło się awanturą.
— Może gdybyś zarabiał więcej, nie musiałabym tyle pracować! — rzuciła pewnego wieczoru.
— Przecież wiesz, że robię wszystko, co mogę! — odpowiedziałem bezsilnie.
— Wszystko? To dlaczego ciągle tkwimy w tym samym miejscu? Ja chcę czegoś więcej od życia!
Czułem się jak intruz we własnym domu. Mieszkanie, które kiedyś tętniło życiem i ciepłem mamy, stało się zimne i obce. Nawet moja siostra przestała do nas przychodzić — „Nie chcę patrzeć na to, co się u was dzieje”, powiedziała mi przez telefon.
Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. W przedpokoju stały obce buty. Serce zabiło mi mocniej. Wszedłem do salonu i zobaczyłem Martę siedzącą na kanapie z jakimś mężczyzną. Rozmawiali cicho, ale kiedy mnie zobaczyli, atmosfera zgęstniała.
— To jest Tomek… kolega z pracy — powiedziała Marta z wymuszonym uśmiechem.
— Kolega? — zapytałem chłodno.
Tomek szybko się pożegnał i wyszedł. Marta nawet nie próbowała tłumaczyć.
Od tego dnia wszystko się posypało. Marta przestała udawać zainteresowanie naszym małżeństwem. Coraz częściej znikała na całe noce. Zaczęły do mnie docierać plotki od sąsiadów — widzieli ją z Tomkiem w kawiarni, potem razem wracali do naszego mieszkania.
Próbowałem rozmawiać z mamą przez telefon:
— Synku… ja już nie mam siły tego słuchać. Oddałam wam wszystko, co miałam…
Czułem się winny. To przez moją decyzję mama musiała opuścić swój dom. To ja pozwoliłem Marcie przejąć kontrolę nad naszym życiem.
W końcu Marta postawiła sprawę jasno:
— Chcę rozwodu. Mam dość tego wszystkiego. Z Tomkiem planujemy wspólne życie.
Nie płakałem. Byłem pusty w środku.
Po rozwodzie zostałem sam w mieszkaniu pełnym wspomnień i żalu. Mama nie chciała wrócić — „Nie chcę być ciężarem”, mówiła przez łzy przez telefon.
Czasem siedzę wieczorami przy kuchennym stole i zastanawiam się: gdzie popełniłem błąd? Czy mogłem przewidzieć to wszystko? Czy naprawdę zna się drugiego człowieka po kilku latach związku?
Może czasem lepiej zostać przy tym, co się ma… niż gonić za iluzją szczęścia? Czy ktoś z was też musiał wybierać między rodziną a miłością?