Między dwoma światami: Serce matki, gdy rodzina się rozpada

— Nie wracaj tu, dopóki nie przestaniesz stawać po jej stronie! — krzyknął Marek, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w przedpokoju. Stałam na klatce schodowej z kluczami w dłoni, ale zamek już był przekręcony od środka. Moje serce waliło jak oszalałe. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. W głowie dudniło mi tylko jedno pytanie: jak to możliwe, że wszystko rozpadło się w jednej chwili?

Jeszcze rano robiłam dla wszystkich jajecznicę i śmiałam się z żartów naszej córki, Oli. Miała siedemnaście lat i ostatnio coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby chciała powiedzieć: „Mamo, czemu nic nie rozumiesz?”. Ale ja rozumiałam. Może aż za dobrze. Sama byłam kiedyś młoda i czułam się niezrozumiana przez własnych rodziców. Dlatego zawsze starałam się być po jej stronie, nawet jeśli Marek uważał, że ją rozpieszczam.

Tego dnia Ola wróciła do domu zapłakana. Znowu pokłóciła się z ojcem o szkołę. Marek był surowy, wymagał od niej samych piątek i nie przyjmował do wiadomości, że matematyka to dla niej czarna magia. — Nie będziesz całe życie żyła z marzeń! — powtarzał jej przy każdej okazji. — Trzeba mieć konkretny zawód, a nie bujać w obłokach!

Kiedy Ola zamknęła się w swoim pokoju, poszłam za nią. Siedziała na łóżku skulona, z podkrążonymi oczami. — Mamo, ja już nie mogę… — wyszeptała. — On mnie nienawidzi.

Przytuliłam ją mocno. — Nie mów tak. Tata cię kocha, tylko… czasem nie umie tego okazać.

— On chce, żebym była kimś innym! — wybuchła płaczem.

Wtedy podjęłam decyzję. Poszłam do Marka i powiedziałam mu, że Ola potrzebuje wsparcia, a nie kolejnych wymagań. Że może powinniśmy pójść razem na terapię rodzinną. Spojrzał na mnie jak na obcą osobę.

— Ty zawsze ją bronisz! — syknął. — A co ze mną? Ja się nie liczę?

— Liczysz się… Ale ona jest naszą córką! Nie możemy jej stracić przez twoją dumę!

— To ty ją tracisz! — krzyknął i wyszedł z pokoju.

Wieczorem próbowałam jeszcze raz porozmawiać. Wtedy Marek wyrzucił mnie z domu.

Stałam na klatce schodowej i czułam się jak dziecko, które zgubiło się w tłumie dorosłych. Zadzwoniłam do mojej siostry, Magdy.

— Przyjedź do mnie — powiedziała bez wahania.

U niej spędziłam pierwszą noc poza domem od dwudziestu lat małżeństwa. Leżałam na kanapie i patrzyłam w sufit. W głowie miałam tysiące myśli: czy powinnam była być bardziej stanowcza wobec Oli? Czy powinnam była bardziej wspierać Marka? Czy można być dobrą matką i dobrą żoną jednocześnie?

Następnego dnia zadzwoniła Ola.

— Mamo… Tato jest wściekły. Powiedział, że jeśli wrócisz, to on wyjdzie.

— Kochanie… Ja cię kocham najbardziej na świecie. Ale muszę też zadbać o siebie.

— Boję się…

— Ja też się boję — przyznałam szeptem.

Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z Markiem przez telefon. Odbierał tylko raz:

— Albo ona się podporządkuje, albo nie ma nas! — powiedział zimno.

Czułam, jak coś we mnie pęka. Przecież zawsze byłam tą, która godziła wszystkich przy stole wigilijnym, która łagodziła konflikty między teściową a Markiem, która tłumaczyła Oli świat dorosłych… A teraz musiałam wybrać stronę.

Magda próbowała mnie pocieszać:

— Może Marek potrzebuje czasu? Może zrozumie?

Ale ja wiedziałam, że to nie jest pierwszy raz, kiedy Marek stawia ultimatum. Zawsze musiał mieć rację. Zawsze musiał mieć ostatnie słowo.

Po tygodniu Ola przyszła do mnie do Magdy. Miała ze sobą tylko plecak i łzy w oczach.

— Nie mogę tam zostać — powiedziała cicho. — Tato powiedział, że jestem niewdzięczna i że nie chce mnie widzieć.

Przytuliłam ją mocno i poczułam ulgę oraz strach jednocześnie. Ulgę, bo była przy mnie. Strach, bo wiedziałam, że teraz naprawdę wszystko się zmieniło.

Zaczęłyśmy nowe życie w małym mieszkaniu Magdy. Ola chodziła do szkoły, ja szukałam pracy na pół etatu, żeby móc ją utrzymać. Wieczorami rozmawiałyśmy o wszystkim: o marzeniach, o lękach, o tym, jak bardzo boli rozpad rodziny.

Marek przestał się odzywać. Czasem widywałam go przypadkiem na ulicy — szedł szybko, z opuszczoną głową. Nie wiem, czy czuł żal czy ulgę.

Najtrudniejsze były święta. Ola płakała przy stole:

— Mamo… Czemu nie możemy być razem?

Nie miałam odpowiedzi.

Czasem myślę o tym wszystkim nocami i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można być dobrą matką i dobrą żoną jednocześnie? A może każda decyzja oznacza stratę?

Może wy też kiedyś musieliście wybierać między bliskimi? Czy można pogodzić serce matki i żony bez bólu?