Dom na papierze, serce w dłoniach: Walka o spadek w rodzinie Nowaków
– Marta, czy ty w ogóle rozumiesz, co mówisz? – głos mamy drżał, a jej dłonie nerwowo ściskały brzeg obrusu. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, tym samym, przy którym od lat rozwiązywaliśmy krzyżówki i piliśmy herbatę z cytryną. Tym razem jednak powietrze było ciężkie jak przed burzą.
– Mamo, tato… Ja tylko chcę, żebyście przepisali dom na mnie. To nic wielkiego, po prostu… bezpieczeństwo. Dla mnie. Dla nas wszystkich – próbowałam mówić spokojnie, ale czułam, jak gardło mi się zaciska.
Tata milczał. Patrzył przez okno na ogród, jakby szukał tam odpowiedzi. Mama w końcu odwróciła się do mnie z twarzą pełną bólu.
– Myślisz, że chodzi o dom? Że to tylko papier? – zapytała cicho. – Ten dom to całe nasze życie, Marta. Tu się urodziłaś, tu płakałaś po pierwszym złamanym sercu…
Zacisnęłam pięści pod stołem. Wiedziałam, że dla nich to coś więcej niż mury i dach. Ale ja… Ja czułam się coraz bardziej niepewnie. Od kiedy tata zachorował na serce, a mama zaczęła zapominać o drobiazgach, lęk o przyszłość nie dawał mi spać.
– Mamo, ja się boję. Boję się, że jak was zabraknie… – głos mi się załamał. – Że ktoś mi to wszystko zabierze. Że zostanę sama.
Tata westchnął ciężko.
– Martuś, my jeszcze żyjemy. Nie grzeb nas za życia.
Wybiegłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami i pozwoliłam łzom płynąć. Czy naprawdę byłam taka samolubna? Czy to źle chcieć mieć pewność?
Następne dni były pełne ciszy. Mama chodziła po domu jak cień, tata udawał, że czyta gazetę, ale widziałam, jak drżą mu ręce. Ja natomiast czułam się jak intruz we własnym domu.
W końcu przyszła ciotka Basia – siostra mamy. Zawsze była tą „mądrzejszą”, która wie lepiej.
– Słyszałam, że chcesz dom na siebie przepisać – zaczęła bez ogródek. – Wiesz, Marta… Twoja mama też kiedyś walczyła o ten dom. Z babcią. I prawie się przez to nie odzywały przez lata.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Naprawdę?
Basia skinęła głową.
– Babcia uważała, że dom to świętość. Mama chciała mieć coś swojego. Tak jak ty teraz.
Zrozumiałam wtedy, że to nie tylko mój lęk. To pokoleniowy strach przed utratą miejsca na ziemi.
Wieczorem usiadłam z rodzicami przy stole.
– Przepraszam – zaczęłam nieśmiało. – Nie chciałam was zranić. Po prostu… boję się przyszłości.
Mama spojrzała na mnie łagodniej niż ostatnio.
– My też się boimy, Marto. Ale dom to nie tylko papier. To my wszyscy razem.
Tata dodał:
– Może powinniśmy porozmawiać z notariuszem? Ustalić coś wspólnie?
Poczułam ulgę. Może nie dostanę wszystkiego od razu, ale przynajmniej nie stracę rodziny przez własny strach.
Ale sprawy nie potoczyły się tak łatwo. Gdy tylko rodzice zaczęli rozważać przepisanie domu, odezwał się kuzyn Tomek – syn brata taty.
– A ja? – zapytał przez telefon do taty. – Przecież obiecałeś kiedyś mojemu ojcu, że jeśli coś się stanie, będziesz pamiętał o mnie…
Tata był rozdarty. Z jednej strony ja – jego córka, z drugiej – zobowiązania wobec rodziny.
W domu znów zawisło napięcie. Mama płakała po nocach, tata zamykał się w garażu pod pretekstem naprawiania roweru.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę:
– Może powinniśmy zostawić wszystko tak jak jest? – szepnęła mama.
– A jeśli Marta zostanie sama? – odpowiedział tata cicho.
Weszłam do kuchni bez pukania.
– Nie chcę was stawiać w takiej sytuacji! Jeśli trzeba, zrezygnuję z tego domu…
Mama podeszła do mnie i przytuliła mocno.
– Nie chodzi o dom, Marto. Chodzi o nas wszystkich. O to, żebyśmy byli razem.
Tata spojrzał na mnie poważnie:
– Musimy znaleźć rozwiązanie, które nikogo nie skrzywdzi.
Zdecydowaliśmy się na spotkanie rodzinne. Przyjechał Tomek z żoną i dziećmi, ciotka Basia i nawet wujek Zbyszek z Gdańska.
Atmosfera była napięta jak struna.
– Marta jest jedynaczką – powiedziała ciotka Basia stanowczo. – To naturalne, że dom powinien być jej.
Tomek zaczął protestować:
– Ale mój ojciec pomagał budować ten dom! Mam do niego prawo!
Mama rozpłakała się na dobre.
– Czy naprawdę musimy się o to kłócić? Przecież jesteśmy rodziną!
Wtedy odezwał się wujek Zbyszek:
– Może podzielmy dom? Albo ustalmy zapis w testamencie?
Rozmowa trwała do późnej nocy. Każdy miał swoje racje i żale z przeszłości. Wyszły na jaw dawne urazy: kto komu pożyczył pieniądze i nie oddał, kto komu czego zazdrościł…
W końcu tata powiedział stanowczo:
– Dom zostaje przy Marcie. Ale jeśli kiedykolwiek będzie chciała go sprzedać lub wynająć, najpierw zapyta rodzinę.
Tomek nie był zachwycony, ale zgodził się pod warunkiem spisania wszystkiego u notariusza.
Po wszystkim czułam się wyczerpana emocjonalnie jak nigdy wcześniej. Ale też… lżejsza. Jakby jakiś ciężar spadł mi z serca.
Kilka tygodni później siedziałam z mamą w ogrodzie pod jabłonią.
– Wiesz, Marto – powiedziała cicho – dom to tylko ściany i dach. Najważniejsze jest to, co mamy w sercu.
Patrzyłam na nią i czułam wdzięczność za to wszystko: za łzy, kłótnie i pojednania.
Czasem zastanawiam się: czy warto było otwierać tę puszkę Pandory? Czy lepiej byłoby żyć w nieświadomości? A może właśnie dzięki temu jesteśmy dziś bliżej siebie niż kiedykolwiek?