Ojciec na progu: Powrót, którego się nie spodziewałam – czy można wybaczyć po latach?

– Otwórz, Marto! Wiem, że tam jesteś! – głos zza drzwi był zachrypnięty, nieznajomy, a jednak w jednej chwili rozpoznałam w nim echo dzieciństwa. Przez chwilę stałam nieruchomo, z kluczami w dłoni, sercem bijącym jak oszalałe. To nie mógł być on. Nie po tylu latach. Nie po wszystkim.

Ale stał tam – mój ojciec, Andrzej Nowak, człowiek, którego twarz znałam tylko ze starych zdjęć i kilku zamazanych wspomnień. Dwadzieścia lat temu wyszedł z domu, trzaskając drzwiami tak mocno, że szyby zadzwoniły. Mama płakała przez całą noc. Ja miałam wtedy siedem lat i nie rozumiałam jeszcze, co znaczy słowo „porzucenie”.

Teraz miałam dwadzieścia siedem i byłam przekonana, że już nigdy go nie zobaczę.

– Marto, proszę… – głos złagodniał. – Musimy porozmawiać.

Otworzyłam drzwi. Stał przede mną starszy mężczyzna z siwymi włosami i oczami tak podobnymi do moich. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Czego chcesz? – zapytałam chłodno.

– Chcę… wrócić. Mam do tego prawo. Jestem twoim ojcem.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Prawo? Gdzie było to prawo przez dwadzieścia lat? Gdzie byłeś, kiedy mama walczyła z rachunkami? Gdzie byłeś, kiedy płakałam po nocach, bo inne dzieci miały ojców?

– Nie wiem, czy masz tu czego szukać – odpowiedziałam drżącym głosem.

– Marta…

Zamknęłam oczy. Przez głowę przelatywały mi obrazy: mama pracująca na dwie zmiany w szpitalu, babcia gotująca zupę z resztek, ja stojąca pod drzwiami szkoły i czekająca na kogoś, kto nigdy nie przyszedł.

– Dlaczego teraz? – zapytałam cicho.

Ojciec spuścił wzrok. – Bo jestem chory. Bo nie mam nikogo. Bo chcę naprawić to, co zepsułem.

Wpuściłam go do środka. Usiadł na starym fotelu w salonie i przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedział:

– Twoja matka nigdy mi nie wybaczyła. Ale ty… jesteś moją córką.

Zacisnęłam pięści. – Nie możesz po prostu wrócić i udawać, że nic się nie stało.

– Wiem. Ale proszę cię o szansę.

Przez kolejne dni ojciec pojawiał się codziennie. Przynosił kwiaty, próbował rozmawiać o wszystkim i o niczym. Czułam się jak bohaterka kiepskiego serialu – scenariusz pełen łez i niedopowiedzeń.

Mama dowiedziała się od sąsiadki.

– Marta! On wrócił? Jak mogłaś go wpuścić?!

– Mamo… On jest chory. Nie wiem, co robić.

Mama spojrzała na mnie z bólem. – On nas zostawił. Pamiętasz?

Pamiętałam aż za dobrze.

Wieczorami leżałam w łóżku i słuchałam starych kaset z dzieciństwa. Na jednej z nich był mój głos: „Tato, wrócisz jutro?”

Następnego dnia ojciec przyniósł stare zdjęcia.

– Chciałem ci pokazać…

Na jednym byliśmy razem: ja jako mała dziewczynka na jego ramionach. Uśmiechnięci. Szczęśliwi.

– Dlaczego odszedłeś? – zapytałam w końcu.

Westchnął ciężko. – Byłem młody, głupi… Zakochałem się w innej kobiecie. Myślałem, że znajdę szczęście gdzie indziej. Ale wszystko się rozpadło. Straciłem ją, straciłem was…

– I teraz chcesz wrócić?

– Tak. Chcę choć trochę naprawić to, co zniszczyłem.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony czułam gniew i żal, z drugiej… litość? Potrzebę bliskości?

W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła:

– Coś się stało?

Opowiedziałam jej wszystko przy kawie.

– Ja bym nie wybaczyła – powiedziała stanowczo. – Ale to twoje życie.

Wieczorem zadzwoniła babcia.

– Dziecko… Wiem, że ci ciężko. Ale czasem trzeba wybaczyć dla własnego spokoju.

Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z ojcem o przeszłości. Odpowiadał szczerze, choć czasem unikał wzroku.

Pewnego dnia przyszedł z dokumentami ze szpitala.

– Mam raka trzustki – powiedział cicho. – Lekarze dają mi kilka miesięcy.

Poczułam zimno w żołądku.

– Dlatego wróciłeś?

– Tak… i nie. Chciałem cię zobaczyć przed śmiercią. Chciałem ci powiedzieć, że żałuję.

Usiadłam obok niego i przez chwilę płakaliśmy razem – pierwszy raz od lat czułam się znów jak dziecko.

Mama przyszła następnego dnia. Zobaczyła nas razem i rozpłakała się.

– Andrzej… Jak mogłeś?

Ojciec spojrzał na nią ze łzami w oczach.

– Przepraszam cię, Aniu. Przepraszam was obie.

Przez kolejne tygodnie powoli zaczynaliśmy rozmawiać jak rodzina – niepełna, poraniona, ale jednak rodzina.

Ojciec odszedł spokojnie kilka miesięcy później. Byłam przy nim do końca.

Dziś często zastanawiam się: czy wybaczenie naprawdę leczy rany? Czy można odbudować coś, co zostało zniszczone na zawsze? A może czasem wystarczy po prostu spróbować…