Kwiatowa Sielanka – Historia Weroniki i Jej Ucieczki od Przeszłości

Leżałam z przymkniętymi oczami, próbując nie słyszeć monotonnych słów Jadzi, która siedziała naprzeciwko mnie na łóżku i głośno czytała podręcznik do psychologii. Jej głos odbijał się od ścian naszego ciasnego pokoju w akademiku przy ulicy Kwiatowej. Był czerwcowy wieczór, duszny i lepki od emocji, które wisiały w powietrzu jak ciężka mgła. Chciałam tylko na chwilę zapomnieć o wszystkim – o egzaminach, o domu, o tym, co zostawiłam za sobą.

Nagle mój telefon wybuchł popularną melodią. Jadzia zatrzasnęła książkę z głośnym trzaskiem i spojrzała na mnie z wyrzutem. „Werka, serio? Teraz?” – rzuciła zirytowana. Przez sekundę miałam ochotę udawać, że nie słyszę, ale dźwięk był zbyt natarczywy. Sięgnęłam po telefon, a na wyświetlaczu zobaczyłam imię: „Mama”.

Niechętnie odebrałam. „Halo?” – mój głos był cichy, prawie nieobecny. Po drugiej stronie usłyszałam łamiący się głos mamy: „Weronika, musisz natychmiast wrócić do domu. Tata… tata trafił do szpitala”. Przez chwilę siedziałam jak sparaliżowana, a potem nagle zerwałam się z łóżka. Telefon wypadł mi z ręki i potoczył się pod biurko. Zaczęłam gorączkowo wrzucać rzeczy do torby – bez ładu i składu: książki, ubrania, kosmetyki. Ręce mi drżały.

Jadzia podeszła do mnie i złapała za ramię. „Werka, co się stało?” – zapytała z troską w głosie. „Tata… jest w szpitalu. Muszę jechać” – odpowiedziałam, ledwo powstrzymując łzy. Jadzia przytuliła mnie mocno, a ja poczułam, jak cała złość i frustracja z ostatnich miesięcy nagle wypływa na powierzchnię.

W drodze na dworzec myśli kłębiły mi się w głowie. Ostatni raz widziałam tatę kilka miesięcy temu, kiedy wyjeżdżałam na studia do Poznania. Pokłóciliśmy się wtedy strasznie – o wszystko i o nic: o moje wybory, o to, że nie chcę przejąć rodzinnego gospodarstwa, o to, że wolę studiować psychologię niż weterynarię, jak on sobie wymarzył. Wyszedł wtedy z domu trzaskając drzwiami, a ja obiecałam sobie, że nie wrócę tam prędko.

Pociąg do rodzinnej miejscowości dłużył się niemiłosiernie. Patrzyłam przez okno na przesuwające się pola rzepaku i zastanawiałam się, czy jeszcze zdążę go zobaczyć przytomnego. Wspomnienia wracały falami: tata uczący mnie jeździć rowerem po wiejskiej drodze; tata krzyczący na mnie za rozbite okno; tata śmiejący się podczas rodzinnych obiadów.

W domu panowała cisza tak gęsta, że aż bolały mnie uszy. Mama siedziała przy kuchennym stole z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach. „Weronika…” – zaczęła, ale nie dokończyła. Usiadłam naprzeciwko niej i przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.

„Co się stało?” – zapytałam w końcu. Mama spuściła wzrok. „Zasłabł w polu. Lekarze mówią… mówią, że to serce. Jest w śpiączce”.

Poczułam, jak coś ściska mnie za gardło. Chciałam krzyczeć, płakać, uciec stąd jak najdalej – ale tylko siedziałam i patrzyłam na popękany blat stołu.

Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Codziennie jeździłyśmy z mamą do szpitala, gdzie tata leżał podłączony do aparatury. Lekarze nie dawali wielkich nadziei. W domu narastało napięcie – mama coraz częściej płakała po nocach, a ja czułam się coraz bardziej winna.

Pewnego wieczoru przyszła do nas ciotka Basia – siostra taty. Zawsze była bezpośrednia i nie owijała w bawełnę.

„Weronika, musisz podjąć decyzję” – powiedziała stanowczo. „Gospodarstwo nie może czekać. Albo wracasz i pomagasz matce, albo wszystko przepadnie”.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. „Mam rzucić studia? Wszystko po to, żeby doić krowy?” – wybuchłam.

Ciotka wzruszyła ramionami. „Twój ojciec całe życie pracował na tę ziemię. Myślisz, że to takie proste?”

Mama milczała, ale widziałam w jej oczach błaganie.

Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z mamą o przyszłości, ale każda rozmowa kończyła się płaczem lub kłótnią. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a własnymi marzeniami.

Któregoś dnia zadzwoniła Jadzia.

„Werka, żyjesz tam jeszcze? Wszyscy pytają o ciebie na uczelni” – jej głos był jak promyk słońca w pochmurny dzień.

Opowiedziałam jej wszystko – o tacie, gospodarstwie, ciotce Basi.

„A czego ty chcesz?” – zapytała nagle.

Zamilkłam. Po raz pierwszy ktoś zapytał mnie o moje pragnienia.

Chciałam wrócić na studia. Chciałam być kimś więcej niż tylko córką rolnika z Kwiatowej.

Wieczorem usiadłam z mamą przy stole.

„Mamo… ja nie mogę tu zostać na zawsze” – powiedziałam cicho.

Mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

„Wiem… Ale boję się sama wszystkiego ogarnąć”.

Objęłam ją mocno.

„Pomogę ci tyle, ile będę mogła. Ale muszę wrócić do siebie”.

Kilka dni później tata zmarł. Pogrzeb był prosty i cichy – przyszli sąsiedzi z całej wsi, ciotki i kuzyni z różnych stron Polski. Stałam nad grobem ojca i czułam żal za wszystkie niewypowiedziane słowa.

Po pogrzebie zostałam jeszcze tydzień – pomagałam mamie ogarnąć papiery i sprawy gospodarcze. Potem spakowałam torbę i wróciłam do Poznania.

Jadzia przywitała mnie szerokim uśmiechem i kubkiem gorącej herbaty.

Dziś często myślę o tamtym lecie na Kwiatowej – o tym, jak jeden telefon potrafi zmienić wszystko. Czy mogłam postąpić inaczej? Czy egoizm to zawsze coś złego? Może czasem trzeba wybrać siebie – nawet jeśli boli.