Gdy życie daje drugą szansę: Historia Bożeny i Marka

— Marku, zjesz kolację? — zapytałam cicho, starając się ukryć drżenie w głosie. Upiekłam kaczkę, tak jak lubisz. Pachniała rozmarynem i jabłkami, a ja przez cały dzień wyobrażałam sobie, że ten zapach przyniesie nam choć odrobinę spokoju. Marek jednak nie spojrzał nawet w moją stronę. Usiadł ciężko przy stole, oparł łokcie o blat i schował twarz w dłoniach.

— Nie jestem głodny — mruknął po chwili. — Zostaw mnie, Bożena.

Przez moment stałam w miejscu, ściskając fartuch w dłoniach. W kuchni panowała cisza, którą przerywał tylko tykanie zegara i cichy szum lodówki. Czułam, jak narasta we mnie żal i bezsilność. Od miesięcy nasze rozmowy były krótkie, urywane, pełne niedopowiedzeń. Każde z nas żyło obok siebie, a nie razem.

Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Pamiętam nasze pierwsze wspólne mieszkanie na Pradze, śmiech do późna w nocy, plany na przyszłość. Ale potem przyszły problemy: strata pracy Marka, moje zmęczenie po kolejnych zmianach w szpitalu, nieudane próby zajścia w ciążę. Każda porażka oddalała nas od siebie coraz bardziej.

— Bożena, czy ty naprawdę nie rozumiesz? — Marek nagle podniósł głos. — Ja już nie mam siły! Wszystko się wali! Nie chcę tak żyć!

Zamarłam. W jego oczach zobaczyłam rozpacz i gniew. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, wykrzyczeć mu wszystko, co bolało mnie od miesięcy: że czuję się samotna, niekochana, niewidzialna. Ale tylko westchnęłam i wyszłam z kuchni.

W łazience spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Zmęczone oczy, siwe pasma we włosach, zmarszczki wokół ust. Kiedy ostatni raz czułam się piękna? Kiedy ostatni raz Marek patrzył na mnie z czułością? Oparłam się o zimny blat umywalki i pozwoliłam łzom płynąć.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak Marek chodzi po mieszkaniu, jak trzaska drzwiami od lodówki, jak przeklina pod nosem. W końcu usłyszałam trzask drzwi wejściowych — wyszedł. Nie wrócił do rana.

W pracy byłam jak cień samej siebie. Pacjentka zapytała mnie: — Pani Bożenko, wszystko w porządku? — Uśmiechnęłam się blado i odpowiedziałam coś wymijającego. Ale w środku czułam pustkę.

Wieczorem zadzwoniła do mnie mama.

— Bożenko, co się dzieje? Słyszałam twój głos przez telefon… — Jej troska była jak plaster na ranę.

— Mamo, ja już nie wiem, co robić… Marek jest coraz bardziej zamknięty w sobie. Ja już nie mam siły walczyć o nas…

— Czasem trzeba pozwolić odejść temu, co boli — powiedziała cicho mama. — Może los szykuje dla ciebie coś nowego?

Zawiesiłam słuchawkę i długo siedziałam w ciemności. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: a może rzeczywiście powinnam przestać walczyć? Może powinnam postawić na sobie krzyż i zacząć żyć dla siebie?

Kolejne dni były jak w transie. Marek wracał coraz później, czasem nie wracał wcale. Unikaliśmy się wzrokiem. W końcu pewnego wieczoru usiadł naprzeciwko mnie przy stole.

— Bożena… Ja… Ja chyba już nie potrafię być twoim mężem — powiedział cicho.

Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu skinęłam głową. Wiedziałam to już od dawna.

Marek wyprowadził się tydzień później. Zostałam sama w naszym mieszkaniu pełnym wspomnień i ciszy. Przez pierwsze dni nie wychodziłam z łóżka, nie jadłam, nie odbierałam telefonów od przyjaciółek. Czułam się jak wrak człowieka.

Ale potem coś się zmieniło. Pewnego ranka obudziły mnie promienie słońca wpadające przez okno. Spojrzałam na siebie w lustrze i zobaczyłam kobietę, która przetrwała burzę. Postanowiłam zrobić coś dla siebie.

Zaczęłam biegać po parku Skaryszewskim o świcie. Zapisałam się na kurs fotografii — zawsze o tym marzyłam, ale nigdy nie miałam odwagi spróbować. Poznałam nowych ludzi: Anię z kursu, która rozwiodła się rok wcześniej i teraz podróżuje po świecie; Pawła z sąsiedztwa, który zaprosił mnie na kawę do nowo otwartej kawiarni na Grochowie.

Każdego dnia uczyłam się być sama ze sobą i… polubić towarzystwo tej kobiety z lustra. Zaczęłam doceniać małe rzeczy: smak świeżej kawy rano, zapach deszczu na chodniku, śmiech dzieci bawiących się pod blokiem.

Któregoś dnia spotkałam Marka przypadkiem na ulicy. Był zmieniony — szczuplejszy, z siwą brodą. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

— Bożena… Wyglądasz inaczej — powiedział cicho.

— Tak… Czuję się inaczej — odpowiedziałam spokojnie.

Uśmiechnął się smutno i odszedł bez słowa.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba postawić na sobie krzyż i pozwolić losowi działać. Może to właśnie wtedy dostajemy szansę na nowe życie? Czy naprawdę trzeba przejść przez piekło samotności, żeby odnaleźć siebie? Może ktoś z was zna odpowiedź…