Rozwód? Zostanę z tatą – Dziennik osobisty Pawła
— Paweł, czy ty mnie w ogóle jeszcze słyszysz? — głos Agaty przebił się przez szum moich myśli jak ostrze. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, a ja patrzyłem na jej dłonie, nerwowo bawiące się obrączką. W powietrzu wisiała cisza, ciężka i lepka, jakby zaraz miała spaść burza.
Nie odpowiedziałem od razu. W głowie miałem tylko jedno pytanie: jak to się stało, że dwoje ludzi, którzy kiedyś nie mogli bez siebie żyć, teraz nie potrafi nawet spojrzeć sobie w oczy? Agata westchnęła i odsunęła krzesło. — Nie możemy tak dalej żyć — powiedziała cicho, niemal szeptem. — Dla siebie. Dla Kuby.
Kuba. Nasz syn. Dziesięć lat temu trzymałem go na rękach w szpitalu i przysięgałem sobie, że zrobię wszystko, by był szczęśliwy. Teraz miałem wrażenie, że każda nasza kłótnia odbija się na nim jak echo w pustym domu.
— Paweł, musimy podjąć decyzję — powtórzyła Agata. — Ja już nie mam siły udawać.
Patrzyłem na nią długo. Miała podkrążone oczy, zmęczoną twarz. Przez chwilę zobaczyłem w niej dziewczynę, którą kiedyś pokochałem — pełną życia, śmiejącą się z moich żartów. Ale ta dziewczyna gdzieś zniknęła. Może przez te wszystkie lata pracy, kredytów, codziennych obowiązków? A może to ja ją zgubiłem?
— Chcesz rozwodu? — zapytałem w końcu, choć znałem odpowiedź.
Agata skinęła głową. — Tak będzie lepiej. Dla nas wszystkich.
Nie pamiętam, jak długo siedziałem potem sam w kuchni. Wpatrywałem się w kubek po kawie, próbując zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Czy mogłem coś zrobić inaczej? Czy gdybym częściej mówił jej, że ją kocham, wszystko potoczyłoby się inaczej?
Następnego dnia powiedzieliśmy Kubie. Siedział na kanapie z podkulonymi nogami i patrzył na nas szeroko otwartymi oczami.
— Rozwodzicie się? — zapytał cicho.
Agata przytuliła go mocno. — Kochamy cię bardzo, Kuba. To się nie zmieni. Po prostu… będziemy mieszkać osobno.
Kuba spojrzał na mnie. — Zostanę z tatą — powiedział nagle, stanowczo.
Agata zamarła. Ja też. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
— Kuba… — zaczęła Agata łamiącym się głosem.
— Chcę zostać z tatą — powtórzył syn i uciekł do swojego pokoju.
Wieczorem usiadłem na jego łóżku. Kuba leżał odwrócony do ściany.
— Synku…
— Nie chcę mieszkać z mamą — powiedział cicho. — Ona zawsze jest smutna. Ty przynajmniej czasem się śmiejesz.
Zacisnąłem pięści ze złości na siebie i na cały świat. Co zrobiłem źle? Czy naprawdę byłem lepszym ojcem niż Agata matką? Czy to tylko dziecięca lojalność?
Przez kolejne tygodnie dom zamienił się w pole bitwy. Agata próbowała przekonać Kubę, że u niej też będzie dobrze. Ja starałem się być neutralny, ale czułem, jak serce mi pęka za każdym razem, gdy widziałem łzy w oczach Agaty.
— Paweł, on jest moim synem! — krzyczała pewnego wieczoru przez telefon. — Nie możesz mi go odebrać!
— To nie ja decyduję! — odpowiedziałem bezsilnie. — On sam chce zostać ze mną!
— Bo go manipulujesz! — wrzasnęła i rozłączyła się.
Nie spałem tej nocy. Przewracałem się z boku na bok, słysząc w głowie jej oskarżenia. Czy rzeczywiście manipulowałem Kubą? Przecież nigdy nie mówiłem źle o Agacie przy nim… Ale może wystarczyło to, że byłem spokojniejszy? Że nie płakałem przy nim?
Rozwód ciągnął się miesiącami. Spotkania u mediatora były koszmarem. Każde słowo ważyło tonę. Każdy gest był podejrzany.
— Panie Pawle, czy jest pan gotów zapewnić synowi odpowiednie warunki? — pytała pani mediator z powagą.
— Tak — odpowiadałem automatycznie, choć w środku czułem pustkę.
Agata płakała coraz częściej. Przestała odbierać moje telefony. Kuba zamknął się w sobie, coraz mniej mówił o szkole, o kolegach.
Pewnego dnia wróciłem do domu wcześniej i usłyszałem jego rozmowę przez telefon:
— Nie chcę tam jechać… Tak, wiem… Ale mama tylko płacze…
Stałem pod drzwiami i czułem się jak najgorszy człowiek na świecie.
W końcu zapadł wyrok: Kuba zostaje ze mną, ale Agata ma prawo do regularnych spotkań.
Tego dnia Agata nie przyszła po Kubę. Zadzwoniła późnym wieczorem:
— Nie dam rady… Przepraszam…
Siedziałem przy oknie i patrzyłem na ciemne niebo nad Warszawą. Kuba spał już od dawna, wtulony w swoją ulubioną poduszkę.
Czy naprawdę wygrałem? Czy to jest zwycięstwo?
Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy można było uratować naszą rodzinę? Czy miłość naprawdę może tak po prostu wyparować? A może to my sami pozwalamy jej odejść?
Może ktoś z was zna odpowiedź?