Po 30 latach małżeństwa mąż zostawił tylko kartkę: „Przepraszam, nie potrafię już tak żyć”. Moja historia o pustce, winie i poszukiwaniu siebie
Zamek przekręcił się ciszej niż zwykle. To było pierwsze, co mnie zdziwiło: brak tego charakterystycznego „klik”, który zawsze zdradzał wejścia i wyjścia Marka. Wróciłam z zakupami – chleb, masło, kawa – i zanim zdążyłam odłożyć siatki, zobaczyłam ją: białą karteczkę, przytrzymaną kubkiem z napisem „Najlepsza Mama na świecie”. Przez sekundę pomyślałam, że to lista zakupów, którą zostawił dla mnie, jak czasem robił. Ale nie.
„Przepraszam. Nie potrafię już tak żyć. Marek.”
Usiadłam na krześle, jakby ktoś podciął mi nogi. W głowie miałam pustkę. Tylko jedno pytanie: co to znaczy? Co się stało? Przecież jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o tym, że trzeba wymienić kran w łazience. Czy coś przeoczyłam? Czy to ja jestem winna?
Telefon zadzwonił po raz pierwszy godzinę później. To była Ania, nasza córka. „Mamo, tata do mnie dzwonił. Powiedział, że musi odpocząć. Co się dzieje?”
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. „Nie wiem, kochanie. Zostawił tylko kartkę.”
Później był Tomek, nasz syn. „Mamo, nie panikuj. Może wróci.”
Ale ja już wiedziałam, że nie wróci. Znałam Marka lepiej niż ktokolwiek inny – a przynajmniej tak mi się wydawało przez trzydzieści lat.
Przez pierwsze dni chodziłam po mieszkaniu jak cień. Otwierałam szafę i widziałam puste miejsce po jego ubraniach. W łazience brakowało jego szczoteczki do zębów. Nawet zapach jego wody kolońskiej ulotnił się szybciej niż powinien.
Zaczęły się telefony od rodziny: siostra pytała, czy nie przesadzam z dramatyzowaniem; teściowa sugerowała, że może powinnam była bardziej dbać o siebie; koleżanki z pracy radziły, żebym „wzięła się w garść”.
Ale jak się pozbierać, kiedy wszystko wokół przypomina o nim? Kiedy przez trzydzieści lat żyło się dla kogoś innego – dla dzieci, dla męża – a teraz nagle trzeba żyć tylko dla siebie?
Najgorsze były wieczory. Siadałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam na puste krzesło naprzeciwko. Przypominałam sobie nasze kłótnie – o pieniądze, o dzieci, o to, kto ma wynieść śmieci. Przypominałam sobie też te dobre chwile: wspólne wakacje nad morzem, święta z rodziną, pierwszy taniec na naszym weselu.
Zaczęłam analizować każdy szczegół ostatnich miesięcy. Czy był bardziej zamknięty w sobie? Czy częściej wychodził z domu? Czy ja byłam zbyt zajęta pracą i wnukami? Może powinnam była częściej pytać go o samopoczucie? Może za rzadko mówiłam „kocham cię”? A może to wszystko nie miało znaczenia?
Pewnego dnia zadzwoniła Ania.
– Mamo, musimy porozmawiać.
– O czym?
– O tacie… i o tobie.
Spotkałyśmy się w kawiarni na rogu. Ania patrzyła na mnie z troską i lekkim wyrzutem.
– Mamo, wiem, że ci ciężko. Ale my też cierpimy. Tomek nie śpi po nocach, ja nie mogę się skupić w pracy…
– Przepraszam – wyszeptałam.
– To nie twoja wina – powiedziała szybko. – Ale musisz coś zrobić ze sobą. Nie możesz tylko siedzieć w domu i płakać.
Wróciłam do pustego mieszkania i długo myślałam nad jej słowami. Może rzeczywiście przez lata zapomniałam o sobie? Może byłam tylko żoną i matką, a nie kobietą?
Zaczęłam wychodzić na spacery. Zapisałam się na jogę dla początkujących w domu kultury. Po raz pierwszy od lat kupiłam sobie nową sukienkę – czerwoną, choć zawsze uważałam, że taki kolor nie pasuje do kobiety po pięćdziesiątce.
Któregoś dnia spotkałam Marka przypadkiem na rynku. Stał przy stoisku z warzywami, wyglądał na zmęczonego i starszego niż pamiętałam.
– Cześć – powiedział cicho.
– Cześć.
– Jak się trzymasz?
– Jakoś… – wzruszyłam ramionami.
– Przepraszam – powiedział po raz drugi w życiu.
– Dlaczego? – zapytałam w końcu.
Zawahał się.
– Nie potrafiłem już tak żyć… Wiesz, przez lata czułem się niewidzialny. Jakbyśmy byli tylko współlokatorami…
– Dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Próbowałem… Ale zawsze byłaś zajęta wszystkim innym.
Nie płakałam wtedy. Poczułam tylko ogromną pustkę i żal do siebie – i do niego też.
Po tej rozmowie długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam: czy naprawdę można przeżyć trzydzieści lat z kimś i nie zauważyć, że coś się psuje? Czy można być tak ślepym?
Dziś minęły już dwa lata od tamtego dnia. Nadal jestem sama. Dzieci odwiedzają mnie częściej niż kiedyś. Zaczęłam malować obrazy – coś, o czym zawsze marzyłam, ale nigdy nie miałam czasu.
Czasem jeszcze budzę się w nocy i myślę: co by było, gdybym wtedy bardziej się postarała? Gdybym zapytała Marka o jego uczucia? Ale potem przypominam sobie słowa Ani: „To nie twoja wina”.
Może czasem trzeba stracić wszystko, żeby odnaleźć siebie?
Czy można nauczyć się być szczęśliwym w samotności? Czy ktoś z was też musiał zaczynać życie od nowa po pięćdziesiątce?