Zbudować swoje szczęście – historia Kingi
– Mamo, dlaczego się tak denerwujesz? Krzysiek powiedział, że mnie kocha. Pobierzemy się, mamo – powiedziałam spokojnie, choć w środku czułam, jak serce wali mi jak młotem. Mama stała przy kuchennym stole, ściskając w dłoniach ścierkę tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
– Jak mam się nie denerwować? Jesteś w ciąży, nie jesteś zamężna, jeszcze nie skończyłaś studiów, a twojego chłopaka nawet na oczy nie widziałam! Myślisz, że dziecko to jakaś zabawka? – jej głos drżał od emocji. – Niech ten Krzysiek zaraz tu przyjdzie i powie mi prosto w oczy, co zamierza!
Patrzyłam na nią i czułam się jak mała dziewczynka, która znowu coś przeskrobała. Ale przecież miałam już dwadzieścia dwa lata. Studiowałam psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, miałam plany, marzenia… i Krzyśka. Poznaliśmy się na imprezie u wspólnej znajomej. Był inny niż wszyscy – cichy, trochę nieśmiały, ale miał w sobie coś, co sprawiało, że czułam się przy nim bezpieczna.
Wiedziałam, że mama nie zaakceptuje tej sytuacji. Zawsze miała wobec mnie wielkie oczekiwania – dobre oceny, studia dzienne, najlepiej praca w banku albo w kancelarii. A ja? Zakochałam się po uszy i zaszłam w ciążę. Nie planowałam tego. Przez kilka dni chodziłam jak we śnie, nie mogąc uwierzyć w dwie kreski na teście. Krzysiek był przerażony, ale powiedział: „Kinga, damy radę. Kocham cię.”
Tylko czy miłość wystarczy?
Mama nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń. – Wiesz, ile ja poświęciłam dla ciebie? – powtarzała w kółko. – Chciałam dla ciebie lepszego życia! A ty…
Ojciec milczał. Siedział w fotelu i patrzył przez okno. Wiedziałam, że jest rozczarowany. On zawsze był bardziej powściągliwy w okazywaniu emocji, ale tym razem czułam jego zawód niemal fizycznie.
Wieczorem zadzwoniłam do Krzyśka.
– Musisz przyjść do mnie jutro. Mama chce z tobą porozmawiać.
– Jasne… – usłyszałam w słuchawce jego niepewny głos. – Kinga… boję się.
– Ja też – odpowiedziałam szczerze.
Następnego dnia Krzysiek przyszedł punktualnie o siedemnastej. Mama spojrzała na niego surowo od progu.
– Panie Krzysztofie – zaczęła bez ogródek – czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co się stało?
Krzysiek spuścił wzrok.
– Tak, pani Anno. Kocham Kingę i chcę być z nią i z naszym dzieckiem.
Mama prychnęła.
– A co pan może jej zaoferować? Pracę na pół etatu w sklepie komputerowym? Mieszkanie z rodzicami na Bródnie?
Zrobiło mi się głupio. Wiedziałam, że Krzysiek nie jest bogaty. Jego rodzina ledwo wiązała koniec z końcem po śmierci ojca. Ale czy to znaczyło, że nie zasługiwał na szansę?
– Mamo! – przerwałam jej ostro. – To nie jest najważniejsze! Poradzimy sobie!
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Ty nic nie rozumiesz…
Wyszłam z kuchni trzaskając drzwiami. W łazience rozpłakałam się jak dziecko.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Mama chodziła naburmuszona, ojciec unikał rozmów. Tylko młodszy brat Michał próbował mnie pocieszać.
– Kinga, dasz radę. Jesteś silniejsza niż myślisz – powiedział pewnego wieczoru.
Ale ja sama już nie wiedziałam, czy dam radę.
Krzysiek starał się jak mógł. Zaczął brać dodatkowe zmiany w pracy, szukał taniego mieszkania do wynajęcia. Czasem widziałam w jego oczach strach i zmęczenie. Ale kiedy kładł rękę na moim brzuchu i mówił do naszego dziecka: „Czekamy na ciebie”, wierzyłam, że wszystko się ułoży.
W końcu podjęliśmy decyzję: wyprowadzamy się razem do kawalerki na Pradze. Mama była wściekła.
– Zrujnujesz sobie życie! – krzyczała.
Ale ja wiedziałam, że muszę spróbować żyć po swojemu.
Pierwsze tygodnie były trudne. Mieliśmy mało pieniędzy, ciągle się kłóciliśmy o drobiazgi: kto wyniesie śmieci, kto zrobi zakupy, dlaczego mleko się skończyło… Hormony szalały, a ja płakałam niemal codziennie.
Pewnego dnia wróciłam do domu i zobaczyłam Krzyśka siedzącego na podłodze z głową w dłoniach.
– Nie dam rady… – wyszeptał. – Boję się tego wszystkiego.
Usiadłam obok niego i objęłam go mocno.
– Razem damy radę. Musimy…
Wtedy poczułam pierwszy ruch naszego dziecka. To było jak znak – muszę być silna dla nas trojga.
Czas mijał powoli. Uczyłam się do egzaminów między kolejnymi wizytami u lekarza i pracą Krzyśka. Czasem miałam ochotę rzucić wszystko i wrócić do mamy – do ciepłego łóżka i zapachu jej rosołu w niedzielę. Ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.
Poród był trudny i długi. Krzysiek był przy mnie przez cały czas. Kiedy położna położyła mi na piersi naszą córeczkę Zosię, poczułam taki przypływ miłości i ulgi, że zapomniałam o wszystkich kłótniach i problemach.
Mama przyszła do szpitala dopiero następnego dnia. Stała przy łóżku i patrzyła na Zosię z dziwnym wyrazem twarzy.
– Jest piękna… – powiedziała cicho.
Spojrzałyśmy na siebie przez chwilę bez słów. W jej oczach zobaczyłam łzy.
– Przepraszam cię, Kinga… Bałam się o ciebie. Chciałam cię chronić…
Objęłyśmy się mocno i po raz pierwszy od miesięcy poczułam spokój.
Dziś Zosia ma już pół roku. Nadal jest ciężko – brakuje pieniędzy, czasem kłócimy się z Krzyśkiem o głupoty. Ale kiedy patrzę na moją córkę śmiejącą się do mnie rano albo czuję jego rękę obejmującą mnie w nocy, wiem jedno: warto było walczyć o swoje szczęście.
Czy naprawdę trzeba spełniać oczekiwania innych, żeby być szczęśliwym? A może najważniejsze to mieć odwagę żyć po swojemu?